W relacjach zatrudnienia Polak prawie zawsze był albo panem, albo chłopem. Doświadczenia historyczne i wzajemna nieufność utrudniają zmiany na rynku pracy.
Żadna dziedzina prawa nie jest tak mocno związana z polską historią i doświadczeniem narodu jak prawo pracy. Stosunki zatrudnienia były i są pochodną gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej, podziałów związanych z zaborami, dyktatury robotniczej (przynajmniej z nazwy) oraz gwałtownej transformacji ustrojowej i gospodarczej. Ściślej rzecz ujmując, prawo pracy goni tę pędzącą historię i wciąż jest dopasowywane do rzeczywistości. Najczęściej z opóźnieniem. Jeśli dołączymy do tego nasze narodowe cechy – indywidualizm, brak więzi społecznych, lęk przed innymi (pracownik w stosunku do pracodawcy i na odwrót) – to czy mogą dziwić dzisiejsze warunki zatrudnienia w Polsce? Z jednej strony bezrobocie jest rekordowo niskie, a pensje wreszcie rosną szybciej. Z drugiej – co czwarty Polak pracuje na niestabilnej umowie (z czego mniej więcej połowa nie ma zagwarantowanych minimalnych uprawnień, np. urlopu lub płatnych dodatkowo nadgodzin), w praktyce nie ma układów zbiorowych pracy, a uzwiązkowienie należy do najniższych w Europie. W sensie ekonomicznym jesteśmy bliżej rozwiniętego Zachodu niż kiedykolwiek wcześniej. W sensie mentalnym nasze relacje zatrudnienia wciąż tkwią w poprzednich stuleciach.

Chlubna karta