Zgodnie z przepisami w ratownictwie może pracować lekarz, który jest specjalistą z zakresu medycyny ratunkowej albo ukończył co najmniej drugi rok specjalizacji w tej dziedzinie. Do końca 2020 r. mogą to być także medycy mający specjalizację (lub będący w jej trakcie) uznawaną za pokrewną, np. anestezjologia i intensywna terapia, choroby wewnętrzne, chirurgia lub pediatria, a także ci, którzy przepracowali 3 tys. godzin w szpitalnym oddziale ratunkowym, zespole ratownictwa medycznego lub izbie przyjęć. W tym drugim przypadku warunkiem było rozpoczęcie szkolenia specjalizacyjnego w dziedzinie medycyny ratunkowej do 1 stycznia br.

Nie wszyscy lekarze pracujący w pogotowiu spełnili ten warunek. Według danych, które resort zdrowia otrzymał od wojewodów, uprawnienia do pracy w ratownictwie straciło 3,91 proc. medyków – najwięcej w województwach zachodniopomorskim (14,49 proc.), śląskim (10,99 proc.) i lubuskim (9,04 proc.).

Samorządy mają kłopot

Dla niektórych samorządów stanowi to poważny problem. – Po pierwsze, mamy ogromny problem z zabezpieczeniem obsady na SOR-ach i izbach przyjęć. Po drugie, niestety następuje spadek liczby karetek S, bo nie mamy w nich personelu – mówi Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich. I apeluje, by wydłużyć okres przejściowy na rozpoczęcie specjalizacji co najmniej o rok.

Resort nie przewiduje jednak zmiany tego terminu. Przypomina jednocześnie, że nowelizacja ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, nad projektem której pracuje Sejm, ma rozszerzyć katalog specjalizacji uprawniających do pracy w pogotowiu o kardiologię i neurologię.

Jak podkreśla rzeczniczka Ministerstwa Zdrowia Milena Kruszewska, strata uprawnień dotyczy ok. 4 proc. lekarzy i zespołów, zatem zagrożenie z powodu braku obsady specjalistycznych karetek i konieczności przekwalifikowania ich na zespoły podstawowe nie jest duże. W dziewięciu województwach problem prawdopodobnie w ogóle nie wystąpi, ponieważ nie ma tam lekarzy, którzy nie rozpoczęli szkolenia, albo można ich zastąpić innymi.

Rzeczywiście, są miejsca, w których zmiany są prawie nieodczuwalne. W Krakowskim Pogotowiu Ratunkowym, gdzie pracuje ponad 100 lekarzy, tylko jeden nie spełnił wymogów. – Najprawdopodobniej jednak niedługo wróci do pracy, ponieważ posiada kwalifikacje, które pozwolą mu na pracę w zespołach ratownictwa medycznego według nowych przepisów. Do tego czasu może pracować w KPR np. w karetkach transportowych – informuje Joanna Sieradzka, rzeczniczka krakowskiego pogotowia.

Nieco inaczej sytuacja wygląda w Sosnowcu. – Z ostatnim dniem starego roku byliśmy zmuszeni rozwiązać umowy o pracę z trzema lekarzami, co w naszej sytuacji stanowi 10 proc. obsady lekarskiej – informuje Arkadiusz Głąb, rzecznik prasowy Rejonowego Pogotowia Ratunkowego w Sosnowcu. W związku z tym kierownicy stacji musieli dokonać zmian w harmonogramach pracy lekarzy, by zapewnić obsadę zespołów specjalistycznych.

Pogotowie tylko dla specjalistów

– W obecnej sytuacji kadrowej nie jest możliwe, by w szybki sposób uzupełnić powstałe wakaty i nawet możliwość zatrudniania kardiologów i neurologów nie wypełni powstałej luki ze względu na brak zainteresowania pracą w pogotowiu tych specjalistów – dodaje rzecznik.

Dlaczego lekarze nie uzupełnili kwalifikacji, choć od dawna było wiadomo, że termin mija z końcem 2017 r.? – Po prostu to zaniedbali. Termin wydłużany był kilkakrotnie. Byli przekonani, że i tym razem zostanie przesunięty – tłumaczy ratownik z warszawskiego pogotowia. Nie kryje obaw, że mniejsza liczba lekarzy oznaczać będzie więcej pracy dla ratowników.

Także prof. Juliusz Jakubaszko, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej, podkreśla, że lekarze, którzy stracili uprawnienia, mieli wystarczająco dużo czasu na rozpoczęcie specjalizacji. Wymóg jej posiadania uważa za jak najbardziej uzasadniony. – Każdy medyk jeżdżący w karetce oznaczonej literą S powinien być specjalistą – przekonuje. I przypomina, że w czasach PRL-u nie było takiej dziedziny jak medycyna ratunkowa. Zdarzało się, że w pogotowiu pracowali lekarze bez specjalizacji albo z takimi, które z ratownictwem nie miały nic wspólnego.

– Teraz stawiamy wymagania, dążymy do tego, żeby w ratownictwie pracowały osoby z odpowiednimi kwalifikacjami. Stworzyliśmy możliwość ich uzupełnienia, były okresy przejściowe, wielokrotnie przesuwane i na tyle długie, by lekarze zdążyli podjąć specjalizację. I większość z nich to zrobiła – podkreśla ekspert.

Jego zdaniem medycy, którzy nie mają i nie zamierzają podjąć specjalizacji z medycyny ratunkowej, nie powinni pracować w zespołach specjalistycznych. – To nie znaczy, że nie mogą pracować w pogotowiu. Mogą jeździć w zespole podstawowym – dodaje prof. Jakubaszko.

Według danych Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego w trakcie szkolenia specjalizacyjnego w dziedzinie medycyny ratunkowej jest 457 lekarzy. Na oba postępowania kwalifikacyjne w 2017 r. przyznano łącznie 189 rezydentur. Jest to dziedzina priorytetowa, co oznacza m.in. wyższe wynagrodzenie. 

ok. 4 proc. lekarzy pogotowia straciło uprawnienia wraz z nowym rokiem

457 - tylu lekarzy jest w trakcie szkolenia specjalizacyjnego w dziedzinie medycyny ratunkowej

OPINIA

Musimy się dostosowywać do zmian na rynku pracy

Marek Tombarkiewicz, wiceminister finansów

Docelowo chcemy, żeby w karetkach typu S jeździli tylko lekarze specjaliści medycyny ratunkowej. W Polsce karetki z lekarzami stanowiły 1/3 wszystkich zespołów. Obecnie przybywa karetek podstawowych, które stopniowo zastępują specjalistyczne. Proporcja się zmienia, ponieważ wojewodowie z powodu braku lekarzy przechodzą na system karetek typu P. Ale to nie powinno nas niepokoić. Pamiętajmy, że np. we Francji w karetkach jeżdżą strażacy będący ratownikami medycznymi, tam w ogóle nie ma lekarzy w systemie ratownictwa. Podobnie jest z paramedykami w Stanach Zjednoczonych. Musimy się dostosowywać do zmian na rynku pracy oraz demograficznych, jakie dotykają też zawodu lekarza. Równie dobrze możemy się spodziewać, że za kilka lat karetek S będzie w systemie 5–10 proc. i one będą funkcjonowały na zasadzie takiego „rendez-vous”, jak np. w Czechach albo w Niemczech. Tam lekarz dyżuruje w dyspozytorni, nie jeździ normalnym ambulansem, ma do dyspozycji duży, szybki samochód, którym w razie potrzeby dojeżdża do miejsca zdarzenia. Możemy sobie wyobrazić i tego typu system jako model docelowy.