Kiedy bliski starszy człowiek będzie potrzebował dozoru, otworzy się przed wami nowy rynek: opiekunów seniorów. Jest mniej przewidywalny niż giełda w czasie kryzysu.
Dziennik Gazeta Prawna
Współczuję. Dobrze pamiętam korowód pań, które przewinęły się przez nasze mieszkanie, gdy zachorowała mama. Zosie, Basie, Marysie, Janeczki. Żadna nie była dłużej niż kilka tygodni. Mam nadzieję, że będziesz miała więcej szczęścia – tak pocieszała mnie koleżanka.
Reklama
Gdy ona trzy lata temu była zmuszona szukać opiekuna, bezrobocie wynosiło ponad 11 proc. Dziś jest o połowę niższe. A to oznacza, że znalezienie dobrej i odpowiedzialnej osoby jest trudniejsze. Potwierdzają to ogłoszenia: „Potrzebna osoba do opieki nad osobą starszą z zamieszkaniem” czy „Pomoc do rodziny. Sprawna, zdrowa, umiejąca gotować. Od zaraz”. Na internetowych portalach trwa polowanie na oferty, w którym udział biorą rodziny, domy opieki i agencje pracy. Z danych GUS wynika, że 24 proc. naszego społeczeństwa to osoby starsze. W co drugiej rodzinie żyje ktoś, kto ma więcej niż 60 lat, a co czwarte gospodarstwo domowe stanowią wyłącznie osoby starsze.

Reklama
Gdy pojawia się choroba, zwłaszcza nieuleczalna, pogarszająca sprawność na tyle, że nie da się żyć bez pomocy, powstaje problem. Kto ma się zająć opieką? I skąd wziąć na to pieniądze? Średni dochód rodzin z przynajmniej jedną osobą po sześćdziesiątce to 1480 zł na osobę. A na opiekę nad niepełnosprawnym dorosłym państwo oferuje 520 zł. Jednak tę „zawrotną” sumę wypłaci pod warunkiem, że opiekun żadnej pracy poza tą przy bliskim chorym nie podejmie. Niewielu jest takich śmiałków, a nie wydaje się, by kampania społeczna „Pozwól opiekunom dorabiać” przekonała rządzących.
Na decyzję, co zrobić z chorym, wpływa również kontekst kulturowy. W Polsce – w przeciwieństwie do państw anglosaskich czy Skandynawii – umieszczenie rodzica w domu opieki traktowane jest jako ostateczność. Nieprzypadkowo nazywa się je u nas domami starców. Taka decyzja oznacza wyrwanie starszego człowieka ze środowiska, w którym żył, co oprócz choroby wydaje się dodatkową krzywdą. O domach opieki ugruntowały opinię także reportaże, w których na filmach nagranych ukrytą kamerą personel znęca się nad pensjonariuszami: „Tak dręczą chorych z alzheimerem. Dramat w domu opieki, krępowanie chorych pasami samochodowymi, kaftany bezpieczeństwa pod materacami, kąpiel co dwa tygodnie i pobudka o 3 w nocy” – to zajawka jednego z materiałów. Nawet jeśli dom, który bierzemy pod uwagę, sprawia wrażenie przytulnego, jest czysty i pachnący, a personel wydaje się do rany przyłóż, zawsze w tyle głowy kołaczą się wątpliwości: co robią, jeśli spuścić ich z oczu? Poza tym na miejsce w państwowym domu opieki mają szansę samotni i najubożsi. A prywatne kosztują krocie. Miesiąc pobytu w podwarszawskim ośrodku znanej firmy medycznej to 4,3–4,8 tys. zł.
Dlatego coraz popularniejszym sposobem na rozwiązanie problemu opieki nad bliskimi wydają się agencje opieki. Najstarsze działają kilkanaście lat. Młodsze rodzą się spontanicznie – zakładają je zazwyczaj panie, które pracowały w opiece i uznały, że zatrudniając koleżanki i znajome, będą w stanie utrzymać się na tak chłonnym rynku. Rekrutują z zagłębia polskiej biedy: wsi i miasteczek wschodniej Polski, na Mazowszu z okolic Radomia.
Dzięki temu, że państwo w sprawie opieki jest niewydolne, rozwiązuje inny problem: bezrobocia kobiet po pięćdziesiątce. Nagle dla rynku pracy atrakcyjna okazała się grupa, której do tej pory nikt nie chciał. Agencje rekrutują osoby na rencie lub emeryturze, by nie płacić ZUS.
Na pośrednictwo agencji decyduje się coraz więcej rodzin. Nie tylko z obawy przed nielegalnym zatrudnianiem – teraz też znaczna część rynku opieki to szara strefa.
Przede wszystkim jednak rodziny chcą się zabezpieczyć przed opiekunem. Przed sytuacją, że gdy mu się nie spodoba lub znudzi, opiekun zniknie bez słowa.
Cennik
Gdy wpisać w internetową wyszukiwarkę frazę „agencja opieki”, wyskoczą adresy zilustrowane sielskimi obrazkami. Starsi panowie na ławeczce w parku, panie z burzą siwych włosów ułożonych jakby właśnie wyszły od fryzjera. Zadbani, przyjaźnie uśmiechnięci, w objęciach młodych opiekunów. Wszystko to wsparte magicznymi słowami o trosce, szacunku i wsparciu. Przekaz jest jasny – oferujemy bezpieczeństwo, a ono kosztuje.
Godzina: 15–20 zł. Godzina w nocy: 30 zł. Za opiekę z zamieszkaniem w Krakowie trzeba zapłacić ok. 3,1 tys. zł miesięcznie. W Warszawie, w jednej z najstarszych agencji, cennik zaczyna się od 3150 zł i rośnie w zależności od kontraktu. Dopłacamy za leżącego, za jego ciężar, inne schorzenia, zwierzę w domu i za to, że podopieczny jest „trudny”. W innej warszawskiej agencji oferują rodzaj pośrednictwa i gwarancję wymiany. Za 850–900 zł agencja zobowiązuje się, że przez pół roku będzie szukała kolejnego opiekuna, gdyby wybrany się nie sprawdził. Wyznaczy także zastępcę w przypadku jego choroby lub wyjazdu. Opieka kosztuje wtedy 2,4–2,8 zł tys. za miesiąc z prawem do czterech wolnych dni.
Ale przede wszystkim jednak trzeba znaleźć kogoś, kto podejmie się pracy. Zwłaszcza w święta: Boże Narodzenie czy Wielkanoc. Ceny za opiekę szybują nawet w zwykłe weekendy, a jakość jest daleka od oczekiwań. – Dopasowaniem opiekuna do klienta zajmuje się koordynator. Nie prowadzimy castingu. Identyfikujemy kandydatki pod kątem oczekiwań – opowiada przyjmująca zlecenia sekretarka. To jednak nie gwarantuje, że do pracy stawi się osoba zdrowa, doświadczona i przygotowana do zajmowania się podopiecznym. Na tak trudnym rynku agencje przyjmą każdego, kogo będą mogły posłać do klientów. – Rekrutuję poprzez polecenia. Znajoma znajomej, jak łańcuszek św. Antoniego. Nie ma czasu na sprawdzanie, dzwonienie do poprzednich klientów, bo rodziny czekają. I tak nie wszystkim jestem w stanie pomóc – przyznaje znajoma właścicielka agencji. Jej firma działa od dwóch lat.
Katarzyna szukała opieki dla ojca po udarze. Zaczęła, kiedy był jeszcze w szpitalu. Chciała wybrać dobrze. Ojciec, do tej pory sprawny emeryt, nie życzył sobie towarzystwa i wiadomo było, że zanim zaakceptuje nową sytuację, nie obędzie się bez problemów. – Wydawało mi się, że agencja, znając wcześniej moje potrzeby, staranniej będzie mogła wybrać osobę, która nam pomoże – tłumaczy Katarzyna.
Na dwa dni przed wyjściem ojca ze szpitala pani z agencji opieki przedstawiła Katarzynie dwie kandydatki. Pierwsza, pani Maryla, lat ok. 70, emerytka ze wsi pod Radomiem, pracy podjęła się w tajemnicy przed dziećmi i wnukami. Chciała im pomóc. – Sprawiała wrażenie, jakby sama wymagała opieki – mówi Katarzyna. Wycofana, potulna. Bez życia i inicjatywy. W trakcie rozmowy okazało się, że nie zna numeru pogotowia ratunkowego. Jej telefon był zaś popsuty. Obiecała, że do czasu podjęcia opieki naprawi. Druga kandydatka, pani Dorota, miała 59 lat i inicjatywy w nadmiarze. Prowadziła prywatny biznes, jeździła samochodem. – W godzinę sprzedałaby nas wszystkich. Nie wiem, czy wzięłaby dobrą cenę, w końcu konkurencja zmusiła ją do wycofania się z rynku, co stawia pod znakiem zapytania jej talent do robienia interesów. Postanowiłam nie ryzykować. Wybrałam Marylę – opowiada Katarzyna.
Problemy zaczęły się już pierwszego dnia. Pani Maryla miała czekać na przywiezienie ojca ze szpitala. Jednak nie dojechała. Próby telefonicznego porozumienia spełzły na niczym – w telefonie włączała się poczta. Katarzyna zwątpiła już, że Maryla się pojawi, gdy ta stanęła w drzwiach. Tłumaczyła, że nie zna Warszawy, nie wiedziała, jak dojechać, a telefon ma popsuty. Katarzyna pomyślała, że trzeba dać sobie szansę. – Zaniosła aparat do naprawy. Wzięła na siebie robienie zakupów, bo pani Maryla po miesiącu nadal bała się, że zabłądzi na osiedlu. Gdy tylko pojawiała się u ojca, słyszała od opiekunki: „To ja już nie będę potrzebna” i widziała panią Marylę znikającą w drzwiach jej pokoju. A kiedy już była, pytała o wszystko. Nawet o to, jak się robi naleśniki. – To jednak nie my pożegnaliśmy się z panią Marylą – opowiada Katarzyna. Opiekunka wyjechała do domu na Wszystkich Świętych. Miała wrócić dzień po Zaduszkach. 1 listopada późnym popołudniem przesłała SMS: „Nie przyjadę”. I to był koniec. Kolejnej opiekunki agencja szukała przez pięć dni.
Panie „nie”
– Miałam dwie opiekunki. Nazywałam je w myślach „Paniami «nie»”. Ciągle informowały, czego nie zrobią. Nie posprząta szafki, bo nie należy to do jej obowiązków. Nie zrobi zakupów, bo za ciężkie. Nie zniesie wózka inwalidzkiego po kilku schodach, bo boli kręgosłup. Nie uprasuje, bo starym żelazkiem nie umie się posługiwać – nadmieniam, że nie było to żelazko na duszę. Nie da zastrzyku w brzuch na rozrzedzenie krwi, bo nie jest pielęgniarką – opowiada Urszula, córka wymagającej opieki 86-letniej Marii.
Polki w kraju mają opinię niechętnych do pracy, wykorzystujących sytuację uzależnienia rodziny od ich pomocy. – Na opiekunkę czekaliśmy jak na zbawienie. Szpital wypisał babcię w stanie stabilnym, leżącą. Nie mieliśmy do tej pory doświadczenia z tak chorym człowiekiem. W pośpiechu załatwialiśmy transport, odpowiednie łóżko i właśnie przez agencję wykwalifikowaną opiekę. Po dwóch dniach o umówionej godzinie w drzwiach stanęła wyperfumowana pani z dwoma ogromnymi walizkami obwieszona biżuterią. Wyglądała jak ciocia z Ameryki. Obejrzała przeznaczony dla niej pokój i stwierdziła, że nie zostanie, jeśli nie będzie tu telewizora. Zajrzała do lodówki i widząc dorsza, skrzywiła się, że za rybami nie przepada. Kupiliśmy telewizor, zmieniliśmy dietę, mimo to była z nami tylko cztery tygodnie. Stwierdziła, że dłużej nie wytrzyma, bo się nudzi – opowiada Julia.
Państwu K. trafiła się, jak mówią, brzydliwa. Unikała każdej pracy związanej z higieną chorego, a człowiek starszy, niepełnosprawny wymaga pomocy przy czynnościach fizjologicznych. Rodzinie do sprzątania zostawały brudna pupa, pampersy, toaleta i łazienka. L. mieli dla odmiany problem z finansami. Umowa była taka, że raz na tydzień robią duże zakupy. Opiekunka dokupuje drobiazgi w sklepach osiedlowych. W położonym w przedpokoju koszyczku leżą pieniądze, po ich wydaniu mają tam trafiać paragony. Problem polegał na tym, że niezależnie od tego, jaką sumę zostawiali, rozchodziła się w dwa dni. Na paragonach widniały zaś towary, których nigdy nie widzieli w lodówce. Czasem kilka paragonów nosiło tę samą datę i podobną godzinę. Przypuszczali, że opiekunka zbiera je po sklepach i „rozlicza się” z nimi.
Do R. przez agencję trafiła pani w trakcie chemioterapii. Miała świadczyć pomoc przez dwa tygodnie – te, które odpoczywa od leczenia. Państwo R. poprosili o wymianę. Bali się, że ich często przebywający w szpitalach ojciec zarazi opiekunkę, której układ odpornościowy był osłabiony. Agencja przysłała w zamian Jankę, korpulentną, tlenioną blondynkę z warszawskiej Pragi. Miała przychodzić na 12 godzin, dopóki nie znajdzie się ktoś z zamieszkaniem. Przygotowywała posiłki, pomagała w jedzeniu, trochę sprzątała mieszkanie. Miała być do godz. 19, bo o godz. 20 wracała do domu rodzina. Kiedy jednak trzeciego dnia córka pana R. pojawiła się po godz. 17, ze zdumieniem stwierdziła, że ojciec siedzi sam, ogląda telewizję. Pani Janka przez telefon tłumaczyła: „Pan pozwolił mi wyjść, więc o co chodzi?”. Agencja, która zatrudniała panią Janinę, także nie okazała zdziwienia. Raczej przypuszczenie, że opiekunka spieszyła się do kolejnej pracy.
Wskazana zastępczyni zażądała za przyjście najpierw 200 zł za 12 godzin, potem zeszła do 150 zł. – Agencja twierdziła, że nikt inny nie chciał się podjąć, zostałam postawiona pod ścianą, więc przyjęłam warunki. Pani na odchodne zabrała jeszcze z lodówki jedzenie, bo nie zdążyła zrobić zakupów – opowiada.
Wyzwanie
Dużym problemem jest wytrzymałość psychiczna opiekunów, a raczej jej brak. Nikt nie sprawdza predyspozycji do wykonywania tak trudnej pracy. A przebywanie 24 godziny na dobę z chorym, marudnym, czasem po prostu dokuczliwym człowiekiem stanowi wyzwanie. Opiekun powinien mieć wiedzę, jak w takich sytuacjach reagować. Często zaś o tym, że podejmuje się opieki, nie decydują umiejętności, tylko własna skomplikowana sytuacja życiowa. W przypadku trudności dają więc o sobie znać deficyty emocjonalne. W Warszawie znana jest historia opiekunki, która przy swej 94-letniej poruszającej się na wózku podopiecznej podcięła sobie żyły. Starsza pani zareagowała przytomnie: zadzwoniła do syna, ten wezwał pogotowie, opiekunkę udało się uratować.
Jeśli podopieczny sprawia problemy, sytuacja się komplikuje. Choć do leżących są specjalne podnośniki (zdarza się, że ich wypożyczenie to warunek przyjęcia oferty pracy), wiadomo: troska o higienę osoby na łóżku jest uciążliwa. Poza tym nie każdy podejmie się obsługi aparatury, choćby ułatwiającego oddychanie koncentratora tlenu. Najtrudniej jednak znaleźć chętnego do zajęcia się podopiecznym z alzheimerem. Według szacunków w Polsce 92 proc. osób cierpiących na tę chorobę przebywa w domu. Często opiekę nad nimi sprawuje starszy współmałżonek. Jednak trudno jest przebywać 24 godziny na dobę z człowiekiem złośliwym, uciążliwym, podejrzliwym, czasem miotającym przekleństwa. Rzucanie sztucznymi szczękami, wchodzenie we własne odchody, zamykanie się na klucz w łazience – to kilka przykładów zachowań podopiecznych, u których nie tylko ciało niedomaga. – To prawdziwe wyzwanie, bo nigdy nie wiadomo, co choremu przyjdzie do głowy – mówi Elżbieta, opiekunka z 14-letnim stażem.
Troszczyła się o kilka takich osób. Mimo że mieszkania były wyposażone: płyta elektryczna, kartki na szafkach z objaśnieniami, zabezpieczona apteczka i środki do czyszczenia domu, energiczna i pełna życia 59-latka rezygnowała zwykle po kilku tygodniach. – Nie dawałam rady z tym, że całą dobę musiałam być w gotowości – przyznaje. Jedna z jej podopiecznych: spokojna i sympatyczna, miała odruch uciekania z domu. Kilka razy wyszła na ulicę. Dzieci zainstalowały specjalny alarm w drzwiach, wtedy podjęła próby wyjścia oknem. – A człowiek musi przecież mieszkanie ogarnąć, obiad ugotować, czasem się przespać – opowiada Elżbieta.
Małgorzata, której matka choruje na alzheimera, musiała zrezygnować z pracy. – Kolejne opiekunki uciekały. Na ich pensje nie mogliśmy przeznaczyć więcej niż 2 tys. zł, a za taką sumę nikt nie chciał się podjąć pracy. Tym bardziej że mama mieszka w jednopokojowym mieszkaniu. Dużym, w starej kamienicy, ale zupełnie niedającym szansy, by wydzielić oddzielne miejsce dla opieki – tłumaczy.
Eksport – import
Lepszym – choć luksusowym dobrem – są opiekunki, które wróciły po pracy za granicą. Tam warunki socjalne rodzin są lepsze, ale podopieczni zwykle trudni. – Mam znakomitą kandydatkę. Wróciła z Niemiec, miesiąc lub dwa odpocznie i przyjdzie do pani – zachęca zaprzyjaźniona szefowa agencji opiekunek. Przećwiczona w trudnych warunkach opiekunka to jak w PRL rarytas spod lady. Ale zazwyczaj takie panie po odpoczynku wracają na europejski rynek.
„Mamy dla Ciebie pracę. Zostań opiekunką seniorów w Niemczech lub Anglii. 5,9 tys. zł na rękę. W grudniu nawet 1,6 tys. euro na rękę” – kuszą agencje. Nawet nie koloryzują. Dzwonię pod wskazany numer, pytają o kraj, do którego chcę wyjechać, przełączają do operatora zajmującego się rynkiem angielskim. Pytanie o doświadczenie, krótka rozmowa sprawdzająca język i już mogę zostać wpisana na listę. „Czy chce pani wyjechać przed świętami, czy po?” – pytają. Mogę pracować, gdzie sobie wybiorę – Londyn i okolice, Manchester, Oksford – proszę bardzo. Wiadomo, że żadnego z tych miast nie zobaczę, nie wyjdę poza ogrodzenie domu z ogródkiem. Ale opiekunka ma zapewniony pokój i wyżywienie. Firma dostarcza na miejsce. Na tamtejszym rynku zakłada się chętnym jednoosobową działalność gospodarczą. Trzeba podpisać kontrakt roczny – z czego przynajmniej pół roku spędzić z podopiecznymi. Wynagrodzenie: 1,1 tys. funtów za opiekę nad chodzącym, 1,3 tys. funtów nad leżącym. To w przeliczeniu na złotówki 5,1–6,1 tys. W Polsce opiekunka z zamieszkaniem dostaje 2,4–2,8 tys. zł na rękę. To dlatego wymiotło stąd wszystkie samotne i znające języki kobiety. Jednak za granicą wyższe są także wymagania – prawo jazdy, wizyty z podopiecznym u lekarza. Pielęgnowanie ogródka. Zdarza się, że nawet ułożenie dietetycznego menu na cały tydzień.
Na taką pracę decydują się przeważnie wdowy, rozwódki z dorosłymi dziećmi, którym trzeba pomóc. Elżbieta, 59 lat, z czego ostatnich 14 przepracowanych w opiece we Włoszech i w Niemczech: – Wsiadałam do samolotu, nie znając języka, a łzy lały mi się z oczu strumieniami. Ale wiedziałam, że muszę zarobić na wesele dla córki.
– Z renty po mężu wychowałam dwójkę dzieci. W domu nie było skromnie, tylko biednie. Miałam wybór: eksmisja z mieszkania lub wyjazd, więc spakowałam walizkę – opowiada 48-letnia Karolina.
Gdy Polki wyjeżdżają do Niemiec, Anglii i Włoch, nas ratuje fala napływająca ze Wschodu: z Ukrainy czy Białorusi. Panie stamtąd mają opinię wytrwałych, dobrze zorganizowanych, zaradnych, niebojących się wyzwań. To one wypełniają braki wśród personelu w domach opieki. Także renomowanych. Szybko uczą się języka i zwyczajów. Renata, której chory na udar ojciec leżał w jednym z takich ośrodków, opowiada zasłyszaną na korytarzu rozmowę. Początkująca ukraińska opiekunka się skarżyła: – Nie rozumiem, co do mnie mówi. – Nie przejmuj się. Rób, co rozumiesz – radziła bardziej doświadczona koleżanka.
– Ukraina kobietami stoi – mówi Urszula. Zrezygnowała z pośrednictwa agencji. Sprowadziła do opieki nad mamą panią spod Iwano-Frankowska. Od kilku miesięcy ma poczucie bezpieczeństwa. Nikt nie szantażuje, że zaraz odejdzie. Nie musi prosić o rzeczy oczywiste, jak podanie basenu czy obcięcie paznokci. Kiedy zepsuła się pralka, pani Lida uprała bieliznę ręcznie. Bez słowa. I jeszcze pierogi ugotowała dla całej rodziny.
Wśród polskich rodzin potrzebujących wsparcia powszechne jest przekonanie, że ta wędrówka ludów opiekunek może się nam opłacać.
W Polsce – inaczej niż w państwach anglosaskich czy Skandynawii – umieszczenie rodzica w domu opieki traktowane jest jako ostateczność. Taka decyzja oznacza krzywdę, wyrwanie starszego człowieka ze środowiska, w którym żył