Instytucje totalne to więzienia, szpitale psychiatryczne, koszary, obozy koncentracyjne. I polskie domy pomocy społecznej. Przejmują kontrolę nad podopiecznymi, a wcale nie gwarantują rzeczywistej pomocy.
Kilka tygodni temu reżyser Andrzej Saramonowicz udostępnił na Facebooku list swojego przyjaciela Witolda Jacórzyńskiego, antropologa od lat pracującego w Meksyku. „Millenium – ładny, z ogrodem, w stylu szlacheckiego dworku. Przed bramą kilkanaście porządnych samochodów należących do personelu. Wchodzę do środka. Duża sala z telewizorem przylegająca do kuchni. Pachnie żurkiem i moczem. Funkcjonariuszka w kitlu pokazuje mi pokój, gdzie leżysz. I te Twoje słowa, kiedy mnie dostrzegasz: »Boże, Boże, Boże...«. Poznałaś mnie. Tak, jestem, ale Ciebie już prawie nie ma. Umierasz. Całuję Twoje ciepłe czoło. Do pokoju wchodzi posuwistym krokiem współlokatorka, pani Gienia. Ciągnie po podłodze cewnik. »Proszę pana, proszę pana, niech mnie pan weźmie« – szepcze”. List naukowca to wstrząsająca opowieść o sześciu dniach umierania jego matki. O próbach odseparowania go od niej przez pracowników ośrodka, bo nie jest uwzględniony w umowie jako gość podopiecznej; bo złamał regulamin i dał pensjonariuszom papierosy; bo chciał z gasnącą matką zostać po godzinach odwiedzin.
List Jacórzyńskiego wywołał zrozumiałe oburzenie. Przez kilka dni udostępniany był w internecie, zainspirował kilka większych tekstów, ale prawdziwego skandalu nie wywołał. Po serii afer w domach opieki trudno czymś jeszcze ludzi zaszokować. Nawet historią syna, który przyleciał do umierającej matki z drugiego końca świata. Kobieta po leczeniu w szpitalu trafiła do ośrodka opieki pod Warszawą, gdzie złapała infekcję i zmarła. Dzień po jej śmierci ośrodek – bez powiadamiania dzieci – wydał ciało wybranemu przez siebie zakładowi pogrzebowemu. Prawo do tego miał zapisane w umowie.