Kiedy PiS obiecywał w kampanii wyborczej 500 zł na każde dziecko, krytycy tego pomysłu oburzali się, że to niemoralne rozdawnictwo zrujnuje budżet państwa. Dzisiaj kto może, korzysta z tych pieniędzy.
Kampania wyborcza to niekończące się obiecanki. Politycy kadzą nam, udają, że pochylają się nad naszymi problemami, rozliczają poprzednie ekipy i zaklinają się, że kiedy w końcu przejmą władzę, to odmienią nasz los. My z kolei dajemy się omamić, wrzucamy głos do urny i przez kolejne cztery lata przecieramy oczy ze zdumienia – jak mogliśmy być tak krótkowzroczni i łatwowierni?
Tym razem miało być inaczej. Kiedy podczas wyborczego festiwalu PiS przelicytował konkurentów, obiecując 500 zł na każde dziecko, wyborcy składali obietnice, że oni nie przyłożą ręki do zadłużania państwa. I znowu wszyscy mieli kłopot z dotrzymaniem słowa: PiS – bo miał dać na każde dziecko, a dał tylko na drugie i na każde kolejne; ekonomiczni malkontenci – bo mieli nie brać, ale skoro dano za darmo, to głupio było odmówić. A nie od dziś wiadomo, że okazje są nie dla idiotów. Wiadomo też, że idealizm kończy się wraz z kampanią. Politycy przestają wierzyć w to, co mówią, a obywatele też nie wyżywią się ideami. I tak 500+ z postponowanej łapówki wyborczej stało się przyjemnym kieszonkowym, które osładza niesmak rozdawnictwa rozrzutnego rządu.