• Prezydent Lech Kaczyński skierował do Sejmu projekt ustawy wydłużający o kolejny rok obowiązujące obecnie zasady przechodzenia na wcześniejsze emerytury. Czy taka ustawa jest potrzebna?

- Nie. Uchwalenie ustawy przedłużającej obowiązywanie starych przepisów byłoby bardzo niedobrym rozwiązaniem dla Polski i Polaków. Wielomiliardowe koszty takiego rozwiązania spadłyby na osoby pracujące. Często zapominamy, że w gospodarce nie ma św. Mikołaja i politycy też nim nie są. Im więcej będą kosztować takie przywileje, tym mniejszy będzie wzrost wynagrodzeń netto. Każda złotówka wydana na dalsze utrzymywanie tych przywilejów spowoduje, że dokładnie ta sama złotówka nie będzie przeznaczona na opłacenie naszej pracy, na przeciwdziałanie ubóstwu, edukację czy ochronę zdrowia. To cele dla Polaków o wiele ważniejsze niż finansowanie wczesnej dezaktywizacji zawodowej części z nas.

• Czy na wcześniejszych emeryturach faktycznie trzeba oszczędzać?

- Tak, musimy zmniejszać obciążenie społeczeństwa z tego tytułu. Dlatego w ramach rozwiązań wprowadzonych w 1999 roku likwidacja wcześniejszych emerytur została powiązana z zapowiedzią wprowadzenia tańszych, skierowanych na ochronę zdrowia i współfinansowanych przez pracodawców, emerytur pomostowych. Likwidacja wcześniejszych emerytur miała bardzo długa vacatio legis do 2006 roku. Mimo tego przywileje były już dwukrotnie przedłużane bez liczenia się ze społecznym kosztem tego rozwiązania. Nie ma żadnego powodu, aby robić to ponownie.

• Jakie będą skutki wydłużenia o rok obecnych przepisów emerytalnych?

- Mam nadzieję, że obecnie rozważamy wyłącznie hipotetyczną sytuację. Przygotowany przez rząd projekt ustawy o emeryturach pomostowych dobrze wyważa interes tych, którym społeczeństwo powinno pomóc, i interes reszty społeczeństwa, która ponosi tego koszt. Projekt był długo i gruntownie negocjowany z partnerami społecznymi. Nie zaniedbano żadnych procedur formalnych. Nie przyspieszano tych negocjacji. Przeciwnie, przedłużano je tak, aby nikt nie mógł powiedzieć, że jego głos nie zaistniał w dyskusji. Nie ma żadnego powodu, aby taka ustawa nie zyskała akceptacji w Sejmie.

• Jakie byłyby ewentualne koszty przedłużenia o kolejny rok obecnie obowiązujących przepisów?

- Skutki finansowe dla społeczeństwa, ukrywane pod mylącym określeniem skutki dla budżetu, byłyby znaczne. Według oceny Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej kwota ta w 2009 roku wyniosłaby około 2 mld zł i w konsekwencji w 2010 roku - około 4 mld zł. W kolejnych latach będzie podobnie, gdyż będziemy musieli ponosić wieloletnie konsekwencje przedłużenia obecnie obowiązujących przepisów. To ogromne kwoty, które znacznie lepiej przeznaczyć na przykład na przeciwdziałanie ubóstwu wśród dzieci, które w Polsce jest najwyższe w UE, lub finansowanie szkoleń zawodowych pracownikom, aby podtrzymać ich zdolność do pracy.

• A jakie byłyby skutki prawne takiego wydłużania przywilejów?

- Łatwo przewidzieć, że powstałby niewyobrażalny bałagan. Wypłacane byłyby emerytury z dwóch różnych systemów. Ludzie gubiliby się w tym, nie rozumieli i nie akceptowali takiej sytuacji. Warto pamiętać, że sytuacja w tym zakresie już teraz nie jest łatwa, biorąc pod uwagę istnienie wyodrębnionych systemów dla niektórych grup. Tu warto dodać, że przedłużenie obowiązywania starych przepisów prowadziłoby też do podsycania przetargów politycznych. Praktycznie wszystkie argumenty merytoryczne zostały już przedstawione. Negocjacje trwały bardzo długo i nikt nie był od nich odsunięty. Teraz miejsce argumentów zajęłaby już zwykła siła przetargowa. Silne grupy zawodowe jak zwykle wygrałyby kosztem słabych.

• A czy przedłużenie obowiązywania dotychczasowych przepisów o rok oznacza brak konieczności uchwalenia ustawy o emeryturach pomostowych?

- Nie. Chodzi o uniknięcie sytuacji, w której osoby rzeczywiście wykonujące pracę w szczególnych warunkach lub charakterze nie uzyskałyby od społeczeństwa odpowiedniego wsparcia. Zgodnie z oceną ekspertów medycyny pracy nie ma podstaw, żeby lista takich przypadków była bardzo długa. Wydaje się nawet, że obecna lista, która powoduje, że emerytury te trafią do około 250 tys. osób, jest już zbyt długa, a tym samym niepotrzebnie obciąża społeczeństwo dodatkowym kosztem. Pierwotna propozycja, przekładająca się na około 130 tys. osób, wydawała się bardziej racjonalna.

• Czy pozostałe osoby muszą się liczyć z koniecznością zmiany zawodu?

- Wszyscy musimy przyzwyczaić się do myśli, że będziemy musieli zmieniać zawody. Rozwój gospodarczy, którego tak potrzebujemy, powoduje, że nasze kwalifikacje, nawet w miarę wysokie, po 15 lub 20 latach stają się przeterminowane i na wiele nieprzydatne. Ludziom trzeba pomóc pozostać na rynku pracy, a nie z niego wypychać, czyli innymi słowy płacić ludziom za pracę, a nie za niepracowanie. Dotyczy to nas wszystkich, których nie obejmuje lista. Warto pamiętać, że w żadnym europejskim kraju nie pracuje tak mały odsetek ludzi w wieku produkcyjnym. A praca jest źródłem dobrobytu. Społeczeństwo, w którym mało osób pracuje, pozostanie społeczeństwem biednym.

MAREK GÓRA

profesor, pracownik Szkoły Głównej Handlowej. Współautor reformy systemu emerytalnego w Polsce. Związany z Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. Członek European Economic Association oraz European Association of Labour Economists