Mija rok od wejścia w życie ustawy o wdrożeniu niektórych przepisów Unii Europejskiej w zakresie równego traktowania. Jak działa w praktyce?

Aby to sprawdzić, wystąpiłam do ministra sprawiedliwości z prośbą o informacje, jak wykorzystywano zarówno tę ustawę, jak i kodeks pracy przy dochodzeniu roszczeń z tytułu dyskryminacji. Czekam na odpowiedź i wtedy ocenię nowe prawo.

Sprawdziliśmy i okazało się, że roszczenia z ustawy skierowały do sądów rejonowych 24 osoby. Warto było pisać ustawę dla tak małej grupy?

Warto. Co prawda – i to też wynika z ustawy równościowej – większość spraw z zakresu dyskryminacji jest wnoszona na podstawie innych ustaw, głównie kodeksu pracy, ale i ustawa antydyskryminacyjna jest przydatna. Daje nowe uprawnienia i większą ochronę, choćby pracownikom zatrudnionym na tzw. umowach śmieciowych. Ustawa jeszcze nie zafunkcjonowała w świadomości społecznej, minęło za mało czasu.

Brak kobiet we władzach pogarsza jakość życia obywateli

Prawnicy, ale też środowiska walczące o prawa człowieka krytykują ustawę. Zarzucając jej, że była napisana na odczepnego, tylko po to, by spełnić obowiązek wobec UE i że trzeba ją zmienić.

Wiele ustaw piszemy dlatego, że mamy europejskie zobowiązania. Dzięki temu mechanizmowi pewne rozwiązania pojawią się szybciej. Ustawa faktycznie ma wielu krytyków, choć racje są podzielone i pewnie z czasem niektóre przepisy trzeba będzie zmodyfikować. Na razie zbieram komentarze i ekspertyzy do niej. Nie chciałabym zbyt szybko zmieniać dopiero co uchwalonej ustawy, to zwiększa inflację prawa. Ustawa zawiera wiele ważnych przepisów, pozwólmy im zafunkcjonować.

Na przykład jakie?

Chociażby obowiązek opracowania rządowego programu działań na rzecz równego traktowania. W tym roku po raz pierwszy taki program zostanie przygotowany i zatwierdzony przez Radę Ministrów. Za rok przedstawię sprawozdanie z jego wykonania.

To co się znajdzie w tym programie?

Będziemy diagnozować problem nierówności ze względu np. na płeć, wiek, pochodzenie etniczne, orientację seksualną w kilku obszarach: rynku pracy, polityki i dostępu do władzy, edukacji, zdrowia, rodziny. Najwięcej problemów i uruchomionych rozwiązań dotyczy rynku pracy oraz kwestii równości płci.

Obejmując stanowisko, zapowiedziała Pani, że status kobiety jako pracownika, matki będzie szczególnie mocno zajmował urząd pełnomocnika. Jakie problemy w takich sprawach trzeba rozwiązać?

Podstawowa kwestia dotyczy stworzenia warunków do łączenia życia rodzinnego z aktywnością zawodową. Głównie chodzi o zapewnienie instytucjonalnej opieki nad osobami zależnymi – małymi dziećmi oraz osobami przewlekle chorymi. Nasza kultura zobowiązuje do takiej opieki rodzinę. Siłą tradycji wykonują ją najczęściej kobiety, rezygnując z kariery zawodowej. Skutkuje to wypadnięciem z rynku pracy, potem niską emeryturą, w młodości odraczaniem decyzji o macierzyństwie. Potrzebne są nowe rozwiązania, wsparcie państwa w tym zakresie, jak choćby pomysł bonu opiekuńczego wypracowany przez zespół pana senatora Mieczysława Augustyna. Prowadziłby on do rozwoju rodzinnego systemu opieki nad osobami zależnymi i większej solidarności w tym zakresie.

Właśnie kobiety obecnie opiekują się dziećmi, wnukami. Trudno więc sobie wyobrazić, że będą pracować do 67. roku życia. Jakie jest pani zdanie w kwestii wyrównywania wieku emerytalnego?

Jestem zdecydowaną zwolenniczką wyrównywania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn. Jednym z warunków wolności człowieka jest niezależność ekonomiczna. Tymczasem kobiety, które poświęcają znaczną część swojego życia nieodpłatnej pracy na rzecz rodziny, a nie karierze zawodowej, otrzymują bardzo niskie świadczenia emerytalne. Tymczasem właśnie na starość, której nierzadko towarzyszą samotność i słabe zdrowie, tych pieniędzy potrzebują najbardziej. Trzeba się zająć również problemem braku prawa do urlopów wychowawczych osób prowadzących własną działalność gospodarczą. Pracownice na etatach w tym czasie mają odprowadzane składki na ZUS, a przedsiębiorcza kobieta prowadząca firmę nie może na to liczyć. To jest dyskryminacja i będę chciała to zmienić.

Ale na wysokość emerytury kobiety ma wpływ nie tylko krótszy staż pracy, w czasie którego płacone są składki do ZUS, ale też wysokość ich wynagrodzenia. Kobiety nadal zarabiają dużo mniej niż mężczyźni. Czy tu potrzebne są zmiany?

To prawda, zarabiają mniej o 20 – 30 proc., na tych samych stanowiskach przy tych samych kwalifikacjach. Polska nie jest tu wyjątkiem, co oczywiście nie jest żadnym pocieszeniem. Pierwszym krokiem do likwidacji tego zjawiska jest wprowadzenie monitoringu nie tylko samego zjawiska, ale konkretnych instytucji. Kluczem są statystyki publiczne. Sprawozdania płynące z urzędów, sądów, instytucji finansowanych ze środków publicznych muszą być opracowywane z uwzględnieniem płci. Wprowadzenie kryterium płci do statystyk publicznych jest jednym z najważniejszych zadań mojego urzędu.

Jak znajomość tego problemu przełoży się na praktyczne rozwiązania, których efektem będzie zrównanie wynagrodzeń kobiet i mężczyzn?

Musimy doprowadzić do tego, by instytucje, przedsiębiorstwa zatrudniające pracowników analizowały i wykazywały w statystykach m.in. poziom zarobków kobiet i mężczyzn. To ułatwi projektowanie prawa. Pokaże, gdzie są braki. Należy też upowszechnić konstruowanie budżetów samorządów i instytucji państwowych z uwzględnieniem kryteriów równościowych.

Głośno o jest o tzw. kontraktach tymczasowych. Czy tu widzi Pani możliwość działań?

Chcę brać udział w promowaniu i wprowadzaniu rozwiązań tzw. flexicurity. Mamy dosyć sztywne prawo pracy. Albo zawierane są umowy, które niewiele zapewniają, albo takie, które trudno zmienić, rozwiązać – niezależnie od warunków zewnętrznych. Brakuje formy pośredniej, która dałaby więcej uprawnień pracownikom, a pracodawcy pozwoliłaby na reakcję w zależności od sytuacji na rynku.

Coraz więcej państw wprowadza kwoty dla kobiet w biznesie i władzy. Czy słusznie?

Uważam, że państwo powinno wykorzystywać potencjał wszystkich obywateli. Dyskryminacja powoduje, że część tego potencjału jest marnowana. Traci na tym gospodarka, co pogarsza jakość życia obywateli. Dlatego coraz częściej na świecie podejmowane są działania, które mają przyspieszyć wchodzenie kobiet do życia publicznego, zwiększać ich udział we władzy. Bo naturalnie jest tak, że w gremiach zarządzających udział kobiet nie przekracza kilku procent, mimo że są dobrze przygotowane do rządzenia.

Jak Pani sobie wyobraża wprowadzanie kwot dla kobiet w biznesie? Powinna być rewolucja czy ewolucja?

Rozwiązania w tym zakresie powinny być wprowadzane stopniowo. Najpierw powinny się pojawić jako zalecenie np. w spółkach Skarbu Państwa, a jeżeli to się nie sprawdzi, zastosować rozwiązania ustawowe. Jestem zwolenniczką niskich, 20-, 30-proc. kwot. To narzędzie skuteczne i elastyczne zarazem.