Rozmowa z Prof. Józefem Lubaczem, przewodniczącym Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego, która od 1 października będzie przekształcona w Radę Główną Nauki i Szkolnictwa Wyższego

W najnowszym międzynarodowym rankingu szkół wyższych Top Universities polska uczelnia znajduje się dopiero w czwartej setce. Z czego to wynika?

Ranking ten bierze pod uwagę głównie wskaźniki ilościowe dotyczące aktywności naukowej pracowników uczelni, takie jak liczbę publikacji w renomowanych czasopismach naukowych czy ich cytowań. Pod tym względem polskim szkołom wyższym trudno jeszcze konkurować z najlepszymi uczelniami świata.

Jakie są przyczyny?

Po pierwsze, nakłady na badania naukowe w Polsce są wciąż relatywnie bardzo niskie. Co prawda nakłady ze środków budżetowych ostatnio dość wyraźnie wzrosły, ale przeznaczone były głównie na rozwój infrastruktury badawczej. Po drugie, przez ostatnie dwie dekady liczba studentów wzrosła prawie pięciokrotnie, a liczba pracowników uczelni jedynie o blisko 30 proc. W konsekwencji kadra akademicka jest przeciążona pracą dydaktyczną, co musiało się odbić na poziomie zaangażowania w pracę naukową. Po trzecie, poziom wynagrodzeń pracowników uczelni, a więc osób o wysokich kwalifikacjach, wciąż istotnie odbiega od wynagrodzeń, które można uzyskać poza uczelnią. Sprzyja to podejmowaniu dodatkowego zatrudnienia, co odbywa się kosztem zaangażowania w prace naukowe.

A co z oceną poziomu kształcenia szkół?

Do tego rankingi międzynarodowe się nie odnoszą. Są więc jednostronne i z tego powodu dość powszechnie krytykowane. Gdyby jakość kształcenia była brana pod uwagę, to polskie uczelnie wypadałyby znacznie lepiej, gdyż ich absolwenci świetnie sobie radzą na międzynarodowym rynku pracy.

Ale już polscy pracodawcy mają odmienne zdanie. Uważają, że absolwenci są źle kształceni, m.in. brakuje im praktycznych umiejętności. Bezrobocie w tej grupie wynosi aż 25 proc. Co jest tego przyczyną?

To m.in. konsekwencja niedostatecznego powiązania uczelni z ich otoczeniem zewnętrznym (np. firmami). Ale nie tylko. Z problemem wysokiego bezrobocia wśród absolwentów szkół wyższych borykają się wszystkie kraje rozwinięte (skrajnym przykładem jest Hiszpania, w której dochodzi do 50 proc.). W ostatnich kilku dekadach we wszystkich nastąpiło upowszechnienie wykształcenia na poziomie wyższym, w tempie niedostosowanym do wzrostu zapotrzebowania rynku pracy na absolwentów uczelni. Osiągnięcie stanu pożądanej równowagi pomiędzy podażą i popytem zapewne zajmie jeszcze wiele lat, także w Polsce.

Co może przyczynić się do lepszej oceny polskich szkół wyższych na międzynarodowym forum?

Problemem polskich uczelni w najbliższych latach będzie spadek liczby studentów aż o blisko 30 proc. do roku 2020. Okoliczność tę można wykorzystać do podniesienia jakości kształcenia i efektywności badań naukowych.

A czy reforma szkolnictwa wyższego, która wejdzie w życie 1 października, przełoży się na lepszą ocenę polskich szkół?

Jednym z podstawowych celów reformy jest doprowadzenie do podniesienia jakości kształcenia i jego lepszego dostosowania do rynku pracy. A ponieważ międzynarodowe rankingi nastawione są na ocenę pozycji naukowej, więc wchodząca w życie nowelizacja ustawy o szkolnictwie wyższym będzie miała tylko pośredni wpływ na pozycję polskich uczelni w tych rankingach. Niemniej w połączeniu z wprowadzaną w życie reformą nauki będzie niewątpliwie sprzyjać polepszeniu oceny polskich uczelni, w szczególności jeżeli uda się zwiększyć stopień umiędzynarodowienia polskiego szkolnictwa wyższego.

A czego brakuje w reformie?

Konieczne jest zreformowanie systemu finansowaniu uczelni, tak aby skutecznie była promowana jakość kształcenia.

Czy dostęp do publicznych pieniędzy powinny mieć również uczelnie niepubliczne?

Częściowo już mają – dostęp do środków na pomoc socjalną dla studentów, do funduszy ze źródeł europejskich czy na badania naukowe. Rzecz sprowadza się głównie do nierozwiązanej dotychczas kwestii dostępu uczelni niepublicznych do środków z dotacji budżetowej na kształcenie na studiach stacjonarnych. Na mocy konstytucji wykształcenie wyższe jest bezpłatne, a jednak połowa studentów płaci za studia. Utrzymujemy ten obłudny, demoralizujący stan rzeczy, unikając drażliwych społecznie kwestii, takich jak celowość wprowadzenia powszechnej częściowej odpłatności za studia. Nie da się ich jednak uniknąć, jeśli system finansowania szkolnictwa wyższego ma się stać racjonalny.