Dziś mamy zakończenie roku szkolnego. W rozdaniu świadectw uczestniczy tylko 12,5 proc. sześciolatków. Czy po wakacjach będzie ich więcej w pierwszej klasie?

Sama jestem ciekawa i mam nadzieję, że tak właśnie będzie. Znam takie samorządy, które wykonały dużą pracę i zachęcały rodziców do wcześniejszego posyłania dzieci do szkoły. Tak dzieje się np. w samorządach poznańskich, warszawskich czy gdyńskich. W tym roku pójdzie tam do szkoły więcej niż połowa sześciolatków.

Ale w małych miejscowościach mało kto myśli o wcześniejszym wysłaniu dziecka do szkoły.

Jest różnie. Gdy analizowaliśmy statystyki, to np. w Trąbkach Wielkich w województwie pomorskim pierwszą klasę zakończy dziś około 40 proc. sześciolatków z gminy, a na kolejny jest zapisana prawie połowa. Stało się tak dlatego, że wójt informował rodziców o możliwości wcześniejszego posyłania dzieci do szkoły, szkoły mają przyjazną atmosferę oraz zainwestowano tam w placyki zabaw. Ta statystyka zależy od pomysłu, jaki na pójście sześciolatków do szkoły mają samorządy.

Rodzice mogą od września chętniej wysyłać sześciolatki do szkoły jeszcze z jednego powodu. Z obawy przed podwójnym rocznikiem za rok.

Z naszej analizy danych z niektórych samorządów wynika, że w dużych miastach, gdzie mógłby być ten problem, około połowa sześciolatków już w tym roku pójdzie do pierwszej klasy. Na wsiach nie ma obawy kumulacji roczników.

Pani broni pomysłu posyłania sześciolatków do szkół, a ponad 100 tys. osób podpisało się pod obywatelskim projektem zakładającym zniesienie tego obowiązku.

Nie znam tego projektu, ale każdy może domagać się zmiany w przepisach i podejmowania inicjatyw ustawodawczych. Powtarzam – jestem za tym, aby sześciolatki poszły obowiązkowo za rok do szkoły. Oczywiście nadal będzie istniała możliwość przyspieszania lub opóźniania o rok tego momentu na wniosek rodzica poparty opinią poradni psychologiczno-pedagogicznej.

To chyba naturalne, że rodzice jednak mają obawy, że ich dziecko trafi do nieprzygotowanej szkoły?

Gdy sześciolatki zaczną się już uczyć w szkołach, ich rodzice zauważą, że to nie jest już taka szkoła, jaką pamiętają ze swojego dzieciństwa. Pierwsza klasa ma charakter bardziej przedszkolny, nauka prowadzona jest w rytmie dostosowanym do dzieci.

Z ostatniego raportu GIS wynika, że na 14 tys. szkół podstawowych, aż w 6 tys. wciąż nie ma ciepłej wody, wystarczającej powierzchni na jednego ucznia czy są źle wyposażone sale. To też wpływa na decyzje rodziców?

Niestety urzędnicy GIS na potrzeby tego badania wymyślili sobie jakieś własne dodatkowe kryteria, które nie są wymagane prawem. Szkoła ma przestrzegać prawa, a nie pomysłów kontrolnych GIS.

Rozumiem, że gdy nie będzie w szkole placyku dla sześciolatków, to także nie będzie problemu. To z kolei jest zalecenie pani, a nie GIS.

Najważniejsze są odpowiednie do potrzeb rozwojowych dzieci metody pracy, choć oczywiście dobrze by było, aby w szkole był też plac zabaw.

Sztandarowym projektem pani resortu miała być nowelizacja ustawy o systemie oświaty, gdzie proponuje się m.in. obowiązek zapewnienia miejsca w samorządowych przedszkolach dla czterolatków i dotacji dla gmin na ich prowadzenie. Koniec kadencji rządu, a projekt w koszu.

Trzykrotnie zmienialiśmy ten projekt, dostosowując go do oczekiwań ministra finansów. Wciąż jednak nie mamy z nim ustalonej ostatecznej formuły dotowania przedszkoli. W obecnej kadencji raczej nie ma już szans na uchwalenie wspomnianych zmian, ale po wyborach z pewnością trzeba będzie do dyskusji nad tymi rozwiązaniami wrócić, bo to dobry projekt.

Lista pani porażek jest dłuższa. Przez blisko dwa lata nie udało się MEN zakończyć prac nad Kartą nauczyciela 2. Czy brak zmian oznacza, że pani nie chce narażać się nauczycielom?

Od samorządów i oświatowych związków zawodowych wielokrotnie otrzymywaliśmy różne uwagi, co trzeba zmienić w karcie. Udało się z ich udziałem powołać zespół, aby wypracować jakiś kompromis. Przy wielu rozbieżnościach sukcesem jest w tym przypadku nawet to, że uczestnicy zespołu spotykają się i dyskutują.

Ale przecież tego kompromisu nie da się wypracować. To pani musi podjąć decyzje.

Ale ja działam na rzecz zgody tych środowisk w interesie uczniów. Nie mogę działać wbrew wszystkim, bo to są regulacje dla nich. W niektórych sprawach zespół już się porozumiał, np. że trzeba zmienić system awansu. Trwają badania dotyczące czasu pracy nauczycieli, a wyniki będą za pół roku. Z tymi zmianami nie można się spieszyć. Trzeba to zrobić odpowiedzialnie. Lepiej więc pół roku dłużej debatować nad zmianami, niż podejmować pochopne decyzje, nieakceptowane przez część środowisk.

Co w systemie awansu nauczycieli nie działa?

Obecnie ponad 50 proc. nauczycieli dyplomowanych posiada najwyższy stopień awansu zawodowego. Muszę przyznać, że to nie jest zbyt sensowna struktura. Trzeba myśleć, jak nauczycieli dalej motywować.

A to, że wszyscy nauczyciele zdają egzamin lub postępowanie na kolejny stopień awansu jest właściwe?

Na pewno system jest zbyt zbiurokratyzowany. Nie mam jednak nic przeciwko temu, że zdawalność na kolejne stopnie awansu jest tak wysoka. Nie chodzi o stworzenie systemu, w którym więcej osób nie zalicza postępowania, ale o powstanie takiego, który będzie bardziej motywował nauczycieli do dobrej pracy.

Po zapoznaniu się z badaniami czasu pracy nauczycieli nastąpi z pewnością długotrwała analiza ich wyników. A może dać samorządom wolną rękę i pozwolić im zatrudniać nauczycieli na podstawie kodeksu pracy?

Kodeks pracy to złe rozwiązanie, bo praca nauczycieli ma swoją specyfikę.

Jak w większości zawodów.

Nie. Praca nauczyciela wymaga szczególnych regulacji.

Ale nasi nauczyciele mają jedno z najniższych pensum w Europie.

Powtarzam – ten zawód jest specyficzny. Nauczyciele muszą mieć np. pensum dydaktyczne czy wakacje, nie mogą skorzystać z urlopu wtedy, kiedy chcą. Na tym polegają te szczegółowe uregulowania. Nie muszą one być dokładnie takie jak obecnie, ale są potrzebne.

Stowarzyszenia mogą zatrudniać na podstawie kodeksu pracy.

Również wtedy nauczyciele powinni mieć uczciwą umowę i wakacje!

Większość firm namawia pracowników do przejścia na samozatrudnienie lub też latami proponuje umowy okresowe. Nauczyciel po roku musi być już zatrudniony na czas nieokreślony. Czy to nie jest demoralizujące?

Sama pracowałam cztery lata w szkole publicznej na zastępstwa, więc wiem, że poczucie bezpieczeństwa jest ważne. Nie tylko mnie przeszkadzało, że jestem na umowie okresowej. Rodzice nie wiedzieli, czy będę dalej uczyła ich dzieci w kolejnym roku. Dlatego opowiadam się za stabilizacją. Ale jeśli ma pan tyle pomysłów, to proszę o propozycje do nowej karty. Każdy obywatel może zgłosić dobry pomysł.