Rozmawiamy z Elżbietą Radziszewską, pełnomocnikiem rządu ds. równego traktowania od 2008 roku, posłanką PO

W Polsce tylko 3 – 5 proc. spraw o mobbing kończy się uwzględnieniem roszczeń pracownika. Czy ochrona przed nękaniem w pracy nie jest fikcją?

W obecnym kształcie tak. Wszystkiemu winien jest fakt, że w polskim prawie mobbing nie jest przestępstwem, więc nie jest zdefiniowany w kodeksie karnym. Przepisy chroniące przed nim są zawarte w kodeksie pracy. A te wymagają spełnienia tak wielu przesłanek, aby działania pracodawcy można było uznać za mobbing, że w praktyce pracownicy nie są w stanie go udowodnić. Zwłaszcza że najczęściej w obawie przed zwolnieniem decydują się na zaskarżenie pracodawcy dopiero po zakończeniu stosunku pracy. A wtedy trudno im udokumentować, że np. nękanie w miejscu pracy było uporczywe, długotrwałe i prowadziło do ich izolacji. Na zeznania współpracowników nie mogą liczyć, bo te osoby nie wystąpią przecież przeciwko swojemu pracodawcy z obawy o utratę pracy, podwyżki, premii, przeniesienia na inne stanowisko. A w przeciwieństwie do zarzutu dyskryminacji osoby wspierające mobbingowanego nie mogą liczyć na ochronę prawną.

W rezultacie pracownicy, którzy czują się mobbingowani, zarzucają pracodawcy np. molestowanie, które trzeba tylko uprawdopodobnić, a nie udowodnić.

Albo zawiadamiają prokuraturę, bo mobbing może wypełniać znamiona np. przestępstwa znęcania się albo groźby karalnej. O wyborze zarzutu w praktyce decyduje prawnik, do którego zgłosi się pracownik. Wskutek tego w praktyce nie wiemy, ile tak naprawdę przypadków mobbingu ma miejsce np. w ciągu roku. Sądzę, że obecne skargi do sądów w takich sprawach to tylko ułamek tego typu zdarzeń.