W rozmowie z „DGP” prof. Juliusz Gardawski, socjolog z SGH, mówi: organizacje pracownicze są potrzebne.

Czy związki zawodowe są jeszcze potrzebne? Może to już anachronizm?

Pracownicy wyraźnie deklarują, że to instytucja im potrzebna, starająca się poprawić warunki pracy, a więc chcą związki mieć. Składki na nie płaci 2,5 mln osób. Organizacje związkowe uczestniczą w zinstytucjonalizowanym dialogu społecznym, który doprowadził m.in. do emerytur pomostowych. A więc można było wraz z nimi przeprowadzić jedną z ważniejszych reform. Związki są potrzebne, by nie dopuszczać do niepokojów społecznych.

Nie widać tego po agresywnych związkowcach z JSW, Orlenu czy KGHM. Rola i siła związków są zbyt duże.

To błędne wrażenie. Związki w Polsce są słabą instytucją. Możliwość organizacji strajków, jeśli nie ma klimatu do protestów, jest nikła. Co ciekawe, sami pracownicy uważają, że w Polsce związki niewiele mogą zrobić, są bezsilne. Straciły możliwość solidarnego mobilizowania pracowników. Po pierwsze, są o wiele mniej liczne niż na Zachodzie. Po drugie, Polacy są mniej solidarni, nie mają świadomości proletariackiej, trudniej ich pociągnąć. W krajach skandynawskich do związków należy 70 proc. zatrudnionych. W Polsce straciły one pozycję na początku transformacji, potem zaszkodził im flirt z polityką, np. „Solidarność” wspierała AWS. We Francji mamy do czynienia z paradoksem. Związki są potężne, choć zrzeszają tylko 7 proc. pracowników, czyli dwa razy mniej niż w Polsce. Jednak są w stanie zmobilizować milionowe demonstracje. W Warszawie, by zorganizować protest na 40 tys. osób, trzeba autokarami zwozić uczestników z innych miast.

Na Zachodzie jest więcej strajków?

Dużo więcej. W Europie związki używają tego narzędzia systematycznie. Wystarczy spojrzeć na dane Eurostatu. W Polsce ostatni strajk generalny miał miejsce w 1989 roku, a w innych państwach to nie rzadkość, niedawno był nawet w spokojnej i zamożnej Danii. U nas jest na tyle spokojnie, że jak dojdzie do protestów, wydaje nam się to bulwersujące.

Przecież związki terroryzują spółki strajkiem po każdym ogłoszeniu wyników giełdowych.

Jednak pracownicy, choć oczekują, że związki będą ich broniły, nie są skłonni czynnie włączać się w akcje. Jak mawiają antropologowie kultury, nasze społeczeństwo jest nadal federacją grup pierwotnych. Dobrze czujemy się w wąskich kręgach, mamy niski poziom zaufania do innych. To się przekłada na związki. Pamiętam, jak kilka lat temu na Poczcie Polskiej załoga opowiedziała się za strajkiem, ale jak przyszło co do czego, zignorowała związkowców. U nas jest większa wstrzemięźliwość, obawa o utratę pracy.

W branży energetycznej, gdzie związki wywalczyły dziesięcioletnie gwarancje zatrudnienia.

Związki dobrze działają w przedsiębiorstwach na rynku konkurencyjnym. Jeśli firmy mają monopol, jak w energetyce, czy w przypadku KGHM, faktycznie dochodzi do patologii i nadmiernych, wybujałych oczekiwań płacowych. Oprócz tego mamy transnarodowe korporacje działające w Polsce, gdzie związki są mocno osadzone, koncyliacyjne, a pracodawcy działają fair. Tam jest duży poziom zaufania obu stron. Kolejna kategoria to polscy pracodawcy, którzy boją się związków i je zwalczają.

W firmach jest za dużo różnych związków. To prowadzi do chaosu.

To jest poważny problem. Nasz model związkowy daje możliwość nadmiernego pluralizmu. Jeden przewodniczący przegrywa wybory i tworzy oddzielny związek. Zdarza się, że jedne związki się dogadują, a zaraz przychodzą przedstawiciele innych i burzą te porozumienia. Tak było niedawno w Tesco. W dawnych przedsiębiorstwach państwowych jest po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt związków.

Może więc związek powinien być partnerem pracodawców, dopiero gdy skupi większą liczbę pracowników, na przykład 30 proc. załogi?

Prace w tym kierunku są bardzo wskazane. Na pewno wielu związkowców z najsilniejszych organizacji byłoby za takim rozwiązaniem. Tylko trudno to przeprowadzić, bo uderza w interesy pozostałych.

W JSW 60 działaczy pracuje na etatach firmy. To chyba nie jest normalne, że firma utrzymuje związkowców, którzy nie pracują, tylko w nią uderzają.

To otwarte pytanie, czy ktoś, kto reprezentuje pracę wobec kapitału, powinien korzystać z możliwości oddelegowania. Rozwiązania w Europie są różne, ale przeważnie związki są dofinansowywane, i to bardzo szczodrze. Chodzi o to, by nie było radykalnych niezinstytucjonalizowanych, nieliczących się z realiami reprezentacji pracowników. Gdyby związki żyły tylko ze składek, nie miałyby pieniędzy na ekspertów, nie mogłyby uczestniczyć w dialogu społecznym.

JUTRO Związki zawodowe są zbyt silne i roszczeniowe – rozmowa z Robertem Gwiazdowskim z Centrum im. Adama Smitha