Czy unijne projekty szkoleniowe psują rynek? Zgadza się pan z tą opinią?

Na normalnym rynku szkoleniowym ta sama usługa ma różną cenę. Na rynku unijnych szkoleń brakuje mi tego zróżnicowania. Firmy, które są bardzo dobre i mają wysokie stawki, w ogóle nie weszły na ten rynek. Jest na nim niewielu dużych graczy, którzy bali się, że jeżeli nie będą na nim obecni, to w ogóle wypadną z gry. Najwięcej jest firm, które oferują słabe szkolenia, a w Europejskim Funduszu Społecznym (EFS) zobaczyły swoją szansę. Dzięki małym kosztom mogą zarobić więcej i zdobyć klientów. To jest negatywny aspekt wejścia z dużą ilością unijnych pieniędzy na rynek szkoleniowy.

Czy da się w tym segmencie rynku wprowadzić normalne, rynkowe reguły gry?

Uważam, że tak, ale należałoby odejść od błędnego założenia, że projekty szkoleniowe dofinansowane przez UE nie mogą być komercyjne. Nie żądamy od firm, które budują drogi, żeby wykonywały usługę tylko za cenę kosztów materiału i pracy osób, nie zarabiając na tym. Natomiast firmom realizującym projekty dofinansowane przez EFS nie wolno wykazywać zysku. To bardzo dereguluje rynek. Firmy robią wszystko, żeby wygenerować zysk w inny sposób. Słyszy się, że w niektórych projektach wpisywane są we wniosku o dofinansowanie zawyżone stawki dla trenerów. Firmy płacą je szkoleniowcom, ale każą je potem sobie oddawać. Te nieprawidłowości biorą się stąd, że ten system jest sztuczny. Przedsiębiorca na takim projekcie powinien zarabiać.

Czy zaostrzenie od stycznia wymogów w Programie Operacyjnym Kapitał Ludzki (PO KL) poprawi sytuację?

Uważam, że zaostrzenie wymogów jest słuszne. Musimy wymagać większej skuteczności, zwłaszcza od projektów dotyczących rynku pracy. Nie liczy się to, ile zorganizujemy szkoleń, tylko czy udział w nich pomoże bezrobotnym wrócić na rynek pracy. Nasza gospodarka nie będzie się szybko rozwijać, jeżeli więcej ludzi nie będzie aktywnych zawodowo. Szczególnie dotyczy to tzw. grypy 50+. Drugi obszar PO KL, w którym bardzo ważna jest jakość, to adaptacyjność, czyli działania skierowane do pracodawców i pracowników. Jest coraz większe zainteresowanie tego typu szkoleniami. Wywołaliśmy popyt na podnoszenie kwalifikacji, teraz trzeba poprawić jakość projektów.

Jak to zrobić?

Najbardziej kompleksowe i wartościowe są szkolenia oferowane w projektach zamkniętych dla firm. Firma do nich dopłaca, a zatem zależy jej na jakości. Dlatego zatrudni najlepszych wykładowców. Takich projektów jest jednak wciąż za mało, ponieważ szkolenia muszą się odbywać w godzinach pracy. Poza tym jest problem skali. Nie można przygotować projektu szkoleniowego dla 10 czy 20 osób, ponieważ koszty administrowania będą nieadekwatne do efektów. Taki projekt można zorganizować tylko w formule szkoleń otwartych, a do nich jest najwięcej zastrzeżeń. Uważam jednak, że jeżeli zabierzemy unijne pieniądze z tego obszaru, straci na tym gospodarka. Doświadczenie krajów, które korzystały z funduszy strukturalnych, pokazuje, że lepsze efekty daje przekazywanie pieniędzy na edukację i innowacyjność (przykład Irlandii) niż na inwestycje infrastrukturalne (Portugalia, Grecja).

Jak poprawić jakość szkoleń otwartych dla pracowników firm?

Trzeba powrócić do pomysłu bonu edukacyjnego, który pojawił się kilka lat temu, ale nigdy nie został zrealizowany. Taki bon, np. o wartości tysiąca złotych, byłby przyznawany pracownikowi. Dla niego nie jest ważne, czy wyda tę kwotę na jednodniowe szkolenie w jednej firmie, czy dwudniowe w drugiej. Wybierze to, które będzie dla niego najlepsze. To wymusiłoby na rynku konkurencję pomiędzy firmami szkoleniowymi.

Co w pana ocenie najbardziej sprawdziło się w PO KL?

Fundusze UE pobudziły przedsiębiorczość Polaków, chociaż akurat na tworzenie własnych firm pieniędzy w PO KL było wyraźnie za mało. Popyt na te dotacje jest dużo większy niż dostępne środki.

Czy planowane przez Ministerstwo Rozwoju Regionalnego zastąpienie bezzwrotnej dotacji pożyczką jest dobrym pomysłem?

Jestem zdania, że nie można całkowicie wykluczyć formuły grantu kosztem ustanowienia wyłącznie pożyczki.

Dlaczego?

Jeszcze nie wiemy, jak ten instrument będzie wyglądał, ale zawsze, jak się komuś pożycza pieniądze, to wymaga się zabezpieczenia. Poręczenie według zasad unijnych nie powinno być większe niż 80 proc. wartości pożyczki. Krajowy system poręczeń oferuje standardowo poręczenie do 70 proc., a tylko w wyjątkowych sytuacjach do 80 proc., a więc ktoś na siebie musi wziąć to dodatkowe ryzyko. Jeżeli będziemy wymagali poręczeń od osób trzecich, skierujemy ten instrument do osób zamożniejszych. Pożyczkę dostaną np. ci studenci, którym poręczą ją rodzice. Ta forma sprawdzi się natomiast w przypadku osób, które potrzebują na uruchomienie swojego biznesu dużo większego kapitału niż 40 tys. zł. Pożyczki powinny więc istnieć równolegle z bezzwrotnymi grantami, adresowanymi do osób niezamożnych.