Dla dzieci, które nie wyjeżdżają na ferie, szkoły mogą organizować dodatkowe zajęcia. Część z nich narzeka, że nie może znaleźć nauczycieli, którzy chcieliby się zająć dziećmi. Jak to wygląda w państwa gminie?

W szkołach są dyżury nauczycieli, ale nie organizujemy dzieciom zajęć. Nauczyciele wybierają wypoczynek, a dyrektorzy nie mogą ich zmusić, aby w czasie ferii pracowali. Trudno jest ich zachęcić nawet dodatkowym wynagrodzeniem. A pieniądze na ten cel zawsze mogą się znaleźć. Jednak nie ma oddolnej inicjatywy, więc szkoły stoją puste. Wyglądałoby to może inaczej, gdyby Karta nauczyciela dawała dyrektorom szkół większą swobodę w decydowaniu, czy pedagog ma przyjść do pracy w ferie. Choć trzeba zastrzec, że ten urlop mógłby wykorzystać w inne dni. Dyrektor powinien mieć takie same uprawnienia jak każdy inny pracodawca. Jeśli np. prezes firmy potrzebuje pilnie pracownika, może go nawet ściągnąć z urlopu. Pracownik nie będzie protestował, bo będzie mu zależało na pracy. W przypadku dyrektora szkoły i nauczyciela takiej relacji już nie ma. Nie ma się jednak temu co dziwić, jeśli pedagog po roku jest już zatrudniany na czas nieokreślony, a po otrzymaniu mianowaniu jest praktycznie nie do ruszenia. W firmach nawet po 10 lat pracownicy są zatrudnieni na czas określony. W tym czasie każdy zabiega, aby dobrze pracować. W przypadku nauczycieli osiągnięcie w tak szybkim tempie gwarancji stałego zatrudnienia często jest demotywujące.

Jest pan więc zwolennikiem zmian w Karcie Nauczyciela?

Tak, i nie mogą być one kosmetyczne. Ich wprowadzenie jest trudne, bo wszystkie propozycje samorządów będą blokowane przez silne oświatowe związki zawodowe. Karta jest archaiczna i nie przystaje do obecnych realiów. Nie powinna chronić przed zwolnieniem słabych nauczycieli. Szkoła powinna zatrudniać na kontrakty. A stała umowa powinna być dopiero po kilku latach pracy. Nauczyciele po zakończonych studiach powinni też przystępować do państwowego egzaminu, który rzetelnie oceniłby ich wiedzę i kompetencje. Także zdobywanie poszczególnych stopni awansu zawodowego nie powinno trwać tak szybko i polegać na gromadzeniu dokumentów do teczek. W efekcie po 10 latach pracy w szkole, kiedy nauczyciel osiąga najwyższy stopień – nauczyciela dyplomowanego – nie ma motywacji do dalszej pracy, bo już wie, że więcej nie zarobi. Te zmiany są konieczne, bo podwyższyłyby jakość kształcenia – byłaby większa konkurencja. Tylko najlepsi nauczyciele mogliby pracować w szkołach. Na tych zmianach skorzystaliby głównie uczniowie, którzy mieliby wyższe wyniki w nauce.

Większość samorządów z subwencji nie jest w stanie pokryć wydatków związanych z oświatą. Czy pańska gmina ma podobne problemy?

Tak. Dokładamy dużo, a subwencja oświatowa pokrywa tylko część kosztów. W naszym budżecie na trzy placówki musimy zagwarantować około 7,5 mln zł. Z subwencji otrzymuję niecałe 4 mln zł. Cały nasz budżet to 25 mln zł. Mimo wszystko oświata jest dla nas priorytetem. Dlatego często rezygnujemy z innych inwestycji, aby mieć pieniądze na utrzymanie szkół. Chcielibyśmy też wybudować przedszkole. Jednak w pierwszej kolejności musimy zagwarantować nauczycielom średnie wynagrodzenie określone w karcie. Dodatkowo co roku nauczyciele otrzymują podwyżki, a subwencja nie wzrasta proporcjonalnie. W efekcie jesteśmy zmuszani, aby na podwyżki dokładać z własnego budżetu. W innych zakładach pracy czy w samym urzędzie nie ma podwyżek, bo jest kryzys i wszyscy musimy oszczędzać. Dla samorządów bardzo dobrym rozwiązaniem byłoby wynagradzanie nauczycieli bezpośrednio z budżetu państwa. Samorządom wtedy mogłyby się zająć utrzymaniem szkół. To kolejna zmiana, nad którą warto się zastanowić. Nie mam nic przeciwko temu, aby nauczyciele zarabiali jeszcze więcej niż obecnie, ale nie może być ciągle tak, że każdy z nich bez względu na jakość pracy ma zagwarantowane średnie płace. Obecny system płac jest demotywujący i powinien być zmieniony.