W maju otwiera się dla nas niemiecki i austriacki rynek pracy. Ile osób może zdecydować się na wyjazd do pracy?

Trudno jest o dokładne szacunki, biorąc pod uwagę, że w 2004 roku, kiedy pierwsze kraje UE otwierały dla nas rynki pracy, większość prognoz wskazywała, że do Wielkiej Brytanii wyjedzie 30 tys. osób. Tymczasem rzeczywista ich liczba oscylowała wokół kilkuset tysięcy. Trzeba pamiętać, że przed wejściem Polski do UE Niemcy były na pierwszym miejscu jako kraj przyjmujący migrantów zarobkowych, potem spadły na miejsce drugie. Ale nawet mimo zamkniętego rynku pracy w 2004 r. pracowało tam ok. 200 tys. Polaków, a w 2009 r. ponad 400 tys. Szacuję, że w ciągu tego roku liczba ta może wzrosnąć do 800 tys., a na koniec 2012 r. może to być nawet 1 mln. Co więcej, większość osób pytanych o ewentualną migrację za pracą jako kraj pierwszego wyboru wskazuje właśnie Niemcy. Jednak ta migracja nie będzie przebiegać w tak gwałtowny sposób jak w przypadku Wielkiej Brytanii i Irlandii.

Dlaczego?

Tamte wyjazdy miały charakter żywiołowej fali. Polacy wyjeżdżali bez rozeznania sytuacji na rynku pracy, warunków życia, jakie tam na nich czekają. Nie mogli też liczyć na żadną pomoc i często kończyło się to, w początkowej fazie, nocowaniem na Victoria Station. Niemcy są natomiast krajem migracji mniejszego ryzyka, bo tak jak wspominałam, już teraz przebywa tam dużo Polaków: krewnych, znajomych. Istnieje więc to oparcie, tak potrzebne na pierwszym etapie migracji. Duże znaczenie ma oczywiście też bliskość geograficzna. Jest ona jednak niebezpieczna z naszego punktu widzenia, bo oznacza, że w poszukiwaniu pracy mogą wyjeżdżać nie tylko młodzi i dynamiczni, z wykształceniem, dla których nie ma pracy, ale również ci pracujący, lecz mniej mobilni.

Kto należy do tej grupy?

Z moich badań wynika, że będą to m.in. mężczyźni w wieku 30 – 40 lat. Na początku głównie z województw tzw. ściany zachodniej, ale będzie się też pogłębiać migracja z tzw. Polski B. Ponadto część migracji zarobkowej do Niemiec, przynajmniej w początkowej fazie, będzie miała charakter cyrkulacyjny i wahadłowy.

Co to oznacza?

Widać to dobrze na przykładzie Holandii, która obecnie jest miejscem pracy dla wielu Polaków z województw zachodnich. Średni czas trwania pracy wynosi tam 9 miesięcy, po czym migranci wracają do Polski i po kilku tygodniach znowu wyjeżdżają. I to jest kolejne zagrożenie dla wielu regionów,

Dlaczego?

Bo te osoby, czekając na wyjazd, nie mobilizują się do aktywności i poszukiwania pracy w Polsce, przejadając pieniądze z migracji. Ponieważ na początku procesów migracyjnych wyjeżdżają najbardziej dynamiczni, najodważniejsi (a w naszym przypadku ci już wyjechali do Wielkiej Brytanii i Irlandii), to powoduje stagnację w regionach wysyłających i prowadzi do dalszej migracji. To taki niestety samonapędzający się proces. Po stronie polskiej najbardziej zagrożone są województwa dotknięte największym odpływem po 2004 r., w których w ostatnich latach było najwyższe bezrobocie.

Czy za pracą oprócz osób bezrobotnych będą też wyjeżdżać ci, którzy mają zatrudnienie?

Na pewno nie będzie to eksport bezrobocia na taką skalę, jak miało to miejsce w 2004 r. Wtedy bezrobocie sięgało 20 proc., a wśród absolwentów wyższych uczelni 30 proc. Obecnie istnieje niebezpieczeństwo, że na wyjazd zdecydują się osoby pracujące, które przeliczą sobie, czy warto jest im w Szczecinie pracować za 1,5 tys. zł, jeżeli tuż za granicą można pracować za 5 – 6 tys. zł i tylko trochę dalej dojeżdżać do pracy. Chociaż trzeba dodać, że pracowników będą ściągać i zapewniać atrakcyjne warunki finansowe landy centralne i południowe, a nie wschodnie. Problemem jest też to, że i my, i Niemcy potrzebujemy tych samych fachowców.

Jakich zawodów to dotyczy?

Niemcy potrzebują wykwalifikowanej kadry: inżynierów, lekarzy, informatyków, ale też pracowników sfery usług: budowlanych, opiekuńczych. Niemcy widzą te braki i oferują polskim uczniom naukę i stypendium w wysokości 750 euro już w pierwszej klasie. Niemieckie prognozy mówią, że aby utrzymać wzrost gospodarczy, który w ubiegłym roku osiągnął 3,5 proc. PKB, potrzebnych jest 300 – 400 tys. rąk do pracy. Bardzo mało mówi się natomiast o wzroście nastrojów antyimigranckich i tę kwestię trzeba będzie monitorować.

A może do Niemiec przeniosą się osoby pracujące obecnie w Anglii lub Irlandii?

Nie sądzę, aby dochodziło do takich przesunięć. Zresztą badania przeprowadzane w trakcie kryzysu pokazywały, że Polacy w Wielkiej Brytanii nie tracili pracy, a większość osób, które chciały wyjechać, przeniosła się już do Norwegii i Holandii. Ale dotyczyło to przede wszystkim osób pracujących w Irlandii, która bardziej odczuła skutki kryzysu. Młoda Polonia mocno zakorzeniła się na wyspach. Statystki brytyjskie odnotowują coraz więcej urodzeń polskich dzieci i migrację na mocy łączenia rodzin. Już w 2009 roku przebywało tam ok. 130 tys. dzieci w wieku 0 – 14 lat. W dalszej perspektywie, moim zdaniem, podobne zjawisko będzie obserwowane w przypadku migracji do Niemiec.

A czy Polacy będą chętniej wyjeżdżać do pracy w Austrii?

Sądzę, że w przeciwieństwie do Niemiec nie będzie to popularny kierunek migracji. Austria jest bardzo małym rynkiem pracy. Długi okres przejściowy wprowadzony został z przyczyn politycznych, ale obawy austriackich władz dotyczyły dużego napływu nowych pracowników głównie z Węgier, Czech i Słowacji, a nie z Polski.