Czy pana zdaniem unijne pieniądze, które mają wzmacniać kapitał ludzki, są dobrze wydawane?

Z moich doświadczeń biznesowych wynika, że szkolenia dofinansowane z Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki mają swoje cienie i blaski. Fundusze na ten cel mogłyby być lepiej wydawane, gdyby nie co najmniej dwa istotne ograniczenia. Po pierwsze – niedostateczne rozpoznanie potrzeb szkoleniowych. Na przykład w przypadku tzw. projektów zamkniętych, czyli szkoleń realizowanych dla pracowników konkretnej firmy, badanie potrzeb szkoleniowych pozostawia się przedsiębiorcy. Teoretycznie takie badanie potrzeb jest niezbędne, ale w praktyce sprowadza się do stworzenia dokumentu, którego wiarygodności i trafności nie są w stanie ocenić eksperci decydujący o przyznaniu dofinansowania. Nie mają oni bowiem możliwości poznania rzeczywistego środowiska i otoczenia biznesowego tysięcy firm ubiegających się o dofinansowanie.

A drugie ograniczenie?

To badanie efektów szkoleń. W biznesie robi się to zarówno w ich trakcie, jak i po zakończeniu. Instytucje wdrażające PO KL aspekt merytoryczny szkolenia badają tylko w momencie podjęcia decyzji o udzielaniu dofinansowania. Jest to trochę jak kupowanie kota w worku. Prowadzi do koncentracji na ocenie formalnej, przez co gubi się możliwość oceny merytorycznej. W zakresie finansów dominuje przede wszystkim badanie kwalifikowalności (lub nie) kosztów poniesionych przez wykonawców usługi. Nie bada się natomiast np. realnych efektów szkoleń po 3, 6 czy 12 miesiącach od ich zakończenia.

Co to oznacza?

Nie sprawdza się, jak uczestnik szkoleń radzi sobie z wdrożeniem zdobytej wiedzy i czy w ogóle ma możliwość jej wykorzystania w swoim środowisku pracy. Przy obecnych mechanizmach udzielania dotacji wydaje się to praktycznie niemożliwe, jednak w biznesie liczą się realne efekty. Europejski Fundusz Społeczny (EFS) dostarcza natomiast w większości jedynie samą wiedzę i pozostawia jej wdrożenie w całości po stronie uczestnika szkoleń, który sobie z tym po prostu nie radzi lub nie umie jej wykorzystać. I to jest istotna luka.

Co jest jeszcze powodem niskiej jakości oferty szkoleniowej z EFS?

Odzwierciedla ona stan rynku szkoleniowego w Polsce. Obecnie jest rozdrobniony, działa na nim dużo podmiotów, często o niewielkim potencjale merytorycznym. Nie trzeba też mieć głębokiej wiedzy biznesowej, żeby napisać projekt, który otrzyma dofinansowanie. Zachętą dla przedsiębiorców i uczestników szkoleń są ich pozornie niskie koszty. Często więc szuka się kogoś, kto napisze wniosek, nie do końca sprawdzając, czy jest on w stanie skutecznie projekt zrealizować, np. czy ma odpowiednich trenerów. Z punktu widzenia indywidualnego uczestnika dodatkowo działa czynnik lokalizacyjno-cateringowy, tzn. im lepszy ośrodek, tym bardziej atrakcyjne szkolenie.

Jakie są tego skutki?

Rynek szkoleń dofinansowanych z EFS kieruje się innymi kryteriami, niż gdyby był w pełni komercyjny. To powoduje, że aspekty jakości szkoleń z naturalnych względów nie zawsze są na pierwszym planie. Nie oznacza to automatycznie niższej jakości szkoleń, tylko mniejszą wagę tego czynnika przy wyborze dostawcy. A takie zjawisko prowadzi niekiedy do psucia rynku.

Co trzeba zmienić?

Przede wszystkim szkolenia z UE powinny być bardziej zbliżone do realiów szkoleń biznesowych. Powinno się kłaść większy nacisk na efektywne wdrożenie wiedzy zdobytej przez uczestników szkoleń i rzeczywiste wykorzystanie jej w miejscu pracy. Tylko to umożliwia większą skuteczność wydatkowanych środków. Przyznawanie, jak i rozliczanie środków powinny być maksymalnie uproszczone, ale i skupione na meritum, a w mniejszym stopniu na wymogach formalnych. I odzwierciedlać zasady biznesu, tzn. każda złotówka powinna z założenia przynosić konkretne korzyści. Być może w realiach EFS jest to utopia, ale przynajmniej trzeba do tego dążyć.