W Sejmie trwają prace nad obywatelskim projektem ustawy, która ma zagwarantować miejsca w przedszkolach wszystkim dzieciom już od drugiego roku życia. Czy to dobry pomysł?

Nie. Obecnie nie mamy możliwości zapewniania miejsca wszystkim trzylatkom i czterolatkom, a co dopiero dwulatkom. Cel jest bardzo piękny, ale na dzień dzisiejszy nie do zrealizowania.

Dlaczego?

Nie mamy na to pieniędzy, a rząd też nie zgodzi się na przyznanie samorządom subwencji oświatowej dla przedszkoli. W dodatku musielibyśmy zwiększyć liczbę pracujących tam nauczycieli, bo jednocześnie byłoby w przedszkolach więcej grup.

Ale rodzice będą mogli żądać miejsca w przedszkolu?

Prawo, którego nie będzie można od nas wyegzekwować. Nawet jeśli będzie możliwość posyłania dwulatków do przedszkola, to ten obowiązek nie zostanie przez gminy zrealizowany ze względów wyłącznie lokalowych. Dyrektor przedszkola będzie w pierwszej kolejności przyjmował najstarsze dzieci. A rodzicom dwulatków tłumaczył, że nie ma już miejsc. To będzie pozorne rozwiązanie. Dlatego lepsza jest propozycja ministra pracy i polityki społecznej dotycząca tzw. domowych żłobków.

Ale przecież sześciolatki za dwa lata obowiązkowo pójdą do szkoły. To nie zwolni miejsc w przedszkolach?

To niewiele zmieni, bo już od przyszłego roku ich miejsca zajmą pięciolatki. To im będziemy musieli obowiązkowo zapewnić tam naukę. A obecnie nie wszystkie uczęszczają do przedszkoli. Ponadto nasze szkoły są gotowe na przyjmowanie sześciolatków już teraz. Mimo naszych zachęt rodzice wciąż wybierają jednak przedszkola.

Może tak się dzieje, bo gminy oszczędzają na szkołach. Dlaczego często pozwalają na naukę w przepełnionych klasach?

Nie mam nic przeciwko, aby minister edukacji narodowej określił maksymalną liczbę uczniów, jaka może się uczyć w jednym oddziale. Taka zmiana nie jest jednak na rękę resortowi, bo domagalibyśmy się subwencji oświatowej dzielonej według innych zasad.

Jakich?

Obecnie otrzymujemy ją w przeliczeniu na jednego ucznia. Ministerstwa już nie interesuje, czy będziemy zatrudniać 20 nauczycieli, czy też 40. Dlatego niektóre samorządy pozwalają na naukę w przepełnionych klasach, bo wtedy zatrudniają mniej nauczycieli. To rządowy system wyliczania subwencji zmusza nas do takich kuriozalnych często działań. Zdaję sobie sprawę, że dla nauczyciela prowadzenie klasy 34 osobowej jest bardzo dużym wyzwaniem. Jest to jednak czasami nieuniknione. Gdy samorządy przejmowały szkoły, pieniądze z subwencji wystarczyły na wszystko – pensje, utrzymanie i remonty szkół. Obecnie subwencja oświatowa nie pokrywa nawet 40 proc. wydatków gmin na edukację.

Dodatkowe oszczędności to też zwiększenie pensum nauczycielskiego. Obecnie nauczyciele muszą pracować zaledwie 18 godzin tygodniowo. Czy należy to zmienić?

Pewnie tak, ale pensum powinno być podwyższone nie dla wszystkich po równo. Są tacy nauczyciele, którzy angażują się w pracę, przygotowują się do zajęć, sprawdzają kartkówki i mają więcej obowiązków związanych z realizacją różnych przedmiotów, a są też tacy, którzy nie mają takich obciążeń i czasami ich praca sprowadza się do tych 18 godzin tygodniowo. A pensje wszyscy mają takie same.

To może tych leniwych trzeba zwolnić?

Samorządy mogą jedynie rozmawiać z dyrektorem szkoły o jakości kształcenia, ale nie mogą go zmuszać do zwolnień konkretnych osób. Większość nauczycieli, zwłaszcza tych młodych, przez 10 lat pracy wykonuje ją z dużym zaangażowaniem. Po tym okresie gdy zdobędą najwyższy stopień awansu – nauczyciela dyplomowanego – ich zapał nagle odpływa, a dyrektor nie ma już prawie żadnych narzędzi do tego, aby ich zmotywować do pracy. Dlatego może trzeba wprowadzić okresowe odnawianie tych stopni awansu. W efekcie za złą ocenę pracy nauczyciel traciłby stopień awansu. Dodatkowo umowa z młodymi nauczycielami nie powinna być po roku podpisywana na stałe, ale dopiero po kilku latach pracy. Błędy popełniają też dyrektorzy szkół, bo dla świętego spokoju w 80 proc. przyznają wszystkim nauczycielom nagrody w takiej samej wysokości.

Co samorządy chciałyby jeszcze zmienić w oświacie?

System wynagradzania. Jest on wieloskładnikowy i mało motywujący do efektywnej pracy. A gminom przysparza wiele kłopotów. Dlatego trzeba zwiększyć płacę zasadniczą, a co za tym idzie, zlikwidować część dodatków. Dodatkowo gminy muszą zapewnić wszystkim nauczycielom średnie wynagrodzenie bez względu na to, jak oni pracują. Ten przepis jest absurdalny. Przecież np. policjant czy urzędnik, rozpoczynając pracę, nie ma gwarancji osiągnięcia średniej płacy.