Raczej ministerstwo zauważyło, że wiele zawodów fizycznie istnieje na rynku pracy, a nie ma ich w oficjalnej Klasyfikacji zawodów i specjalności. Z tej przyczyny poszukiwanie pracowników lub ofert pracy w tych zawodach za pośrednictwem urzędów pracy jest niemożliwe. Zatem przy okazji dostosowania klasyfikacji do międzynarodowych standardów resort pracy postanowił dogłębniej przeanalizować rynek pracy i dostosować listę do rzeczywistości.

Udało się zamieścić wszystkie nowe zawody?

Nie wszystkie. W przypadku częsci „nowych” zawodów konieczne było bardzo żmudne przekonywanie urzędników resortów o zasadności wprowadzenia ich do wykazu. Urzędnicy nie zawsze łatwo godzili się na wpisanie zawodów, takich jak na przykład specjalista do spraw obsługi klienta kluczowego, czy tajemniczy klient. Często podstawą tych protestów był zwykły brak wiedzy.

Były inne trudności?

MEN zależało, żeby wpisać nazwy zawodów dokładnie tak, jak się nazywają zawody nauczane w ramach systemu edukacji zawodowej. Tak, żeby można było potem sprawdzić, czy wśród absolwentów jest bezrobocie. Jednocześnie resort pracy dążył do jak najwierniejszego zaadaptowania klasyfiakcji miedzynarodowej, co często rozmijało się z polską rzeczywistością. W końcu udało się osiągnąć rozsądny kompromis.

Wpis do klasyfikacji ma tak duże znaczenie?

W odniesieniu do niej prowadzi się analizy rynku pracy. Wiadomo, jakie zawody są deficytowe, w których zawodach trzeba kształcić więcej absolwentów. Ale też ma wymiar bardzo praktyczny. Np. pracownik poszukujący pracy nie będzie mógł się zarejestrować w zawodzie, który wykonuje, jeżeli nie ma go w rejestrze.

*Maciej Gruza z Instytutu Analiz Rynku Pracy, w Instytucie Pracy i Spraw Socjalnych kierował zespołem opracowującym nową Klasyfikację zawodów i specjalności