● Obejmując stanowisko, mówił pan, że nie chce wprowadzać rewolucji w służbie cywilnej. Najważniejszym celem miało być dbanie o jej stabilność i prawidłowe funkcjonowanie. Czy to jest możliwe przy planowanej redukcji zatrudnienia?

– Tak to prawda – taki jest mój cel i nadal zamierzam go realizować. Nie ukrywam jednak, że projekt ustawy o racjonalizacji zatrudnienia w państwowych jednostkach budżetowych i niektórych innych jednostkach sektora finansów publicznych, w przygotowaniu której nie uczestniczyłem, może poważnie zachwiać tą stabilnością i prawidłowym funkcjonowaniem służby. Muszę tu podkreślić, że cel tej ustawy, tj. oszczędności w administracji, uważam za słuszny. Moje wątpliwości budzą jednak metody.

● Czy zgadza się pan, że w służbie cywilnej jest zatrudnionych za dużo osób?

– W ubiegłym roku zatrudnionych w niej było 115 tys. osób, a w tym ich liczba zwiększyła się o ok. 4 tys. osób. Wbrew krążącym mitom o szybko rosnącym zatrudnieniu w administracji rządowej od 2001 do 2008 roku wzrosło ono o 12,1 proc. W moim przekonaniu taki wzrost, przy nakładanych w tym okresie nowych zadaniach, nie świadczy o zbyt dużej liczbie pracowników administracji. Problemem nie jest ich liczba, ale wynagrodzenia. W 2008 roku przeciętne płace w korpusie służby cywilnej wzrosły o 16,8 proc. w porównaniu z 2007 rokiem. Dlatego poszukiwać oszczędności należy w ograniczeniu środków na wynagrodzenia, a nie przez planowane zwolnienia wyrażane liczbą etatów.

● Czyli nie należy zwalniać tyle samo pracowników w każdym urzędzie?

– Są różne formy racjonalizacji zatrudnienia. Uważam, że cięcie po równo o 10 proc. we wszystkich urzędach nie jest zasadne. Można stosować inne, bardziej subtelne metody.

● Jakie?

– Jeśli inicjatywa racjonalizacji zatrudnienia jest związana z trudną sytuacją budżetu, to powinna się ona raczej sprowadzać do ograniczenia środków na wynagrodzenia o określony procent w poszczególnych instytucjach.