• Jak pan ocenia rozwój prywatnego szpitalnictwa w Polsce z perspektywy doświadczeń innych krajów?

- Rynek prywatnych szpitali w Polsce jest wciąż słabo rozwinięty. Jedynym nie tak dawno wybudowanym prywatnym szpitalem o szerszym profilu oferowanych świadczeń jest Swissmed w Gdańsku. Pozostałe placówki to funkcjonujące już wcześniej obiekty o znacznie węższym zakresie usług. Liczę jednak na to, że to się wkrótce zmieni. Medicover jako pierwsza firma w Polsce wybuduje prywatny wieloprofilowy szpital w warszawskim Wilanowie. Słyszymy też, że inne firmy zapowiadają realizację projektów szpitalnych. Jeśli zapowiedzi się potwierdzą, dzisiejszy niedostatek prywatnych łóżek szpitalnych przerodzi się w ich nadmiar. Za cztery lata stolica będzie dysponować miejscami dla ponad 550 osób w prywatnych placówkach hospitalizacyjnych, które będą mogły przeprowadzać ponad 55 tysięcy operacji rocznie.

• Dlaczego w Polsce brakuje prywatnych wieloprofilowych szpitali?

- Inwestycja taka kosztuje co najmniej 40-50 mln euro. Okres, który upływa od powstania się koncepcji do otwarcia placówki, zajmuje od trzech do pięciu lat. Inwestycja wymaga więc odwagi. Kiedy szpital rusza, trzeba wykorzystać do maksimum know-how i przewagę rynkową, by przy rosnącej konkurencji inwestycja okazała się rentowna.

• W jakim kierunku, pana zdaniem, powinien zmierzać rynek prywatnego szpitalnictwa?

- Szpitale niepubliczne będą powstawać w dużych miastach. Jednak, jak pokazuje praktyka, nie wszystkie firmy od razu były w stanie wykorzystać potencjał dużej aglomeracji. Na przykład gdański Swissmed. Uważam, że zanim w dużych miastach pojawią się prywatne szpitale, upłynie 10 a może 15 lat.

• To może jednak nie warto ryzykować i podejmować się tak dużej inwestycji, jaką jest budowa prywatnego szpitala?

- Trzeba rozbudowywać sieć szpitali, ale nie ma sensu budować wielu placówek w tym samym mieście, nawet tak dużym jak Warszawa.

• Ale w stolicy nie ma ani jednego prywatnego szpitala, który oferowałby szeroki zakres usług, również tych specjalistycznych. Dlaczego?

- Przygotowanie całego projektu, zanim szpital zacznie działać, zajmuje dużo czasu. Gdy w 2004 roku rozpoczynaliśmy realizację naszego pomysłu, rynek wyglądał inaczej, inwestorzy patrzyli podejrzliwie na tego typu inwestycje. Dlatego wiedzieliśmy, że jeśli nawet nie podejmiemy działania od razu, prawdopodobieństwo, że zrobi to ktoś inny, będzie niewielkie. Dlatego budowę szpitala rozpoczęliśmy trzy lata później. Jeśli chodzi o popyt wśród klientów, to on oczywiście istnieje, chociaż przez wielu inwestorów jest przeszacowany.

• Obecnie kilku prywatnych inwestorów ogłosiło, że za dwa-trzy lata otworzą wieloprofilowe szpitale. Czym kierują się ogłaszając takie plany?

- Posiadanie planów i robienie wokół nich hałasu to normalna strategia PR wielu firm. Jednak z samych zapowiedzi, nawet najgłośniejszych, często niewiele wynika. Uważamy, że liczyć się będzie ten, kto pierwszy wybuduje w stolicy prywatny szpital, a potem będzie wiedział jak go zapełnić. Ciekawe jest to, co inni inwestorzy o tym sądzą. W mojej opinii, wielu z nich uważa, iż skoro Medicover zajął się tematem, to musi to być coś dobrego i dlatego zapowiadają realizację podobnych inwestycji. Taka strategia kopiowania lidera może się okazać złudna, a nawet zgubna w skutkach. Decyzja o zainwestowaniu 50 mln euro w prywatny szpital jest zawsze trudna, niezależnie od siły inwestora, bo to po prostu biznes o podwyższonym ryzyku. My od początku wiedzieliśmy, że przekroczenie progu rentowności dla takiej inwestycji zajmie wiele lat. Nie braliśmy jednak pod uwagę, że na jednym obszarze, nawet takim jak Warszawa, znajdzie się jeszcze kilka firm, które zechcą zrobić to, co my. Jeśli rzeczywiście, oprócz naszego szpitala, powstanie kilka podobnych placówek, uzyskanie przez nie rentowności znacznie się wydłuży. Słabsze firmy tego nie wytrzymają.

• Czy na prowadzeniu prywatnego szpitala można zarobić?

- I tak, i nie. Tak, jeśli inwestycja traktowana jest w perspektywie długoterminowej. Nie, jeśli przyjrzeć się horyzontowi czasowemu typowego inwestora. Medicover jest w tej dobrej sytuacji, że buduje szpital, by sprostać oczekiwaniom obecnych pacjentów. A mimo to pozyskanie odpowiedniej liczby klientów zapewniającej opłacalność zajmie jeszcze sporo czasu. Trzeba dodać, że nasz plan zakłada pozyskanie pacjentów od ubezpieczycieli i dostawców usług medycznych, a być może również z NFZ. Nie jestem przekonany, czy wszyscy inwestorzy zdają sobie sprawę, jak skomplikowaną sprawą jest sprzedaż usług szpitalnych.

• Kto będzie realnym beneficjentem rozwoju prywatnego szpitalnictwa?

- Zyskają pacjenci. I bardzo dobrze! Szpitale prywatne odniosą sukces tylko wtedy, gdy spełnią oczekiwania klienta. Budowa obiektu to ta łatwiejsza część planu. Sprostanie oczekiwaniom klienta to sprawa znacznie trudniejsza, a właśnie ono w konkurencyjnym środowisku jest kluczem do sukcesu. My w Medicover wiemy, jak to zrobić, bo mamy wiedzę, doświadczenie i spokój inwestora. Spoglądamy na swoje inwestycje długoterminowo.

• A jaki wpływ może mieć rozwój prywatnego szpitalnictwa na sytuację publicznych placówek?

- Prywatne jednostki wymuszą na publicznych szpitalach nowy styl pracy, bardziej ukierunkowany na potrzeby klientów. Weźmy na przykład Wielką Brytanię, gdzie szpitale publiczne przyjmują również pacjentów prywatnych. Biorąc pod uwagę obsługę klienta i jakość opieki medycznej, poradziły one sobie z konkurencją prywatnych placówek do tego stopnia, że okazały się tak samo dobre, jeśli nie lepsze od tych niepublicznych.

• Czy wprowadzenie systemu dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych wpłynęłoby korzystnie na rozwój prywatnych szpitali?

- Tak, dlatego trzymamy kciuki za powodzenie reform. Pamiętamy jednak o tym, że o wprowadzeniu w Polsce dodatkowych źródeł finansowania systemu lecznictwa mówi się od 19 lat... Jak na razie bez większego powodzenia.

• JOE RYAN

biegły rewident, absolwent Manchester University (W. Brytania). Od ośmiu lat pełni funkcję dyrektora finansowego Grupy Medicover. Współodpowiedzialny za strategię rozwoju.