W konkursie wydawnictwa Termedia zdobył pan w tym roku tytuł najlepszego menedżera w kategorii zarządzanie niepublicznym zakładem opieki zdrowotnej. Czy przed utworzeniem wzorcowego Centrum Rehabilitacji w Gdyni miał pan inne doświadczenia w zarządzaniu?

- Na początku lat 80., po powrocie ze stażu w Niemczech, z kardiologicznej kliniki Reha Centrum w Bad Kreuzingen zorganizowałem pierwszą na Wybrzeżu salę nadzoru kardiologicznego. Zostałem następnie zaproszony do budowy oddziału kardiologii Instytutu Medycyny Morskiej i Tropikalnej w Gdyni. Pracowałem też jako pełnomocnik zarządu Clinici Medici, prywatnego szpitala, usprawniając działanie tej placówki. Następnie rozbudowałem kolejny ośrodek, tym razem rehabilitacyjny, który na początku naszej działalności miał być luksusowym szpitalem. rehabilitacyjnym

Dlaczego nie zrealizował pan tego pomysłu?

- Z powodu zbyt niskiej wyceny świadczeń medycznych przez NFZ. Koszt zainstalowania dwóch par automatycznych drzwi w moim centrum i zatrudnienie portiera jest większy, niż NFZ płaci za całą procedurę. Ponadto dostrzegliśmy ze wspólnikami jeszcze inną szansę rozwoju. W luksusowej dzielnicy Gdyni, w części budynku przeznaczonej na szpital, utworzyłem trzygwiazdkowy hotel działający w prestiżowej sieci Polish Prestige Hotels. Pacjenci płacą preferencyjne stawki za siedmiodniowy lub 14-dniowy turnus uwzględniający konsultacje lekarza specjalisty, zabiegi i noclegi z pełnym wyżywieniem oraz możliwością korzystania z hotelowego spa.

Znany jest pan też z działalności charytatywnej. Z jakich inicjatyw jest pan najbardziej zadowolony?

- Zaraz po wypadku w katowickiej hali poprzez stowarzyszenie gołębiarzy zgłosiliśmy chęć przyjęcia na leczenie najbardziej poszkodowanych osób. Kilkanaście z nich przeszło terapię w naszym centrum, nie płacąc ani grosza za rehabilitację. Zostali przywiezieni karetkami, a wyszli w bardzo dobrym stanie, bez kul. Podejmujemy wiele takich działań.

Powiedział pan członkom jury konkursu Menedżer Roku 2008, że dyrektor prywatnego ZOZ nie musi być drapieżnym kapitalistą.

- To prawda, zwłaszcza obecnie, gdy ich dyrektorami i właścicielami zostają lekarze. Szpital publiczny też musi zarabiać, a przynajmniej nie tracić. Skarb Państwa nie może ciągle do nich dopłacać. Jeśli będziemy bezkrytycznie je dotować, to na długach szpitali wzbogacą się byli urzędnicy publiczni, którzy zakładają w tym celu specjalnie spółki. Korzystają na tym także banki.

Jeżeli tak skalkulujemy ceny usług medycznych, żeby nikt na tym nie tracił, to znajdą się pacjenci, którzy będą chcieli ominąć kolejkę do lekarza i zapłacą za to. I właśnie te dodatkowe usługi powodują, że prywatny zakład na nadwyżkę dochodów. Nie chcemy, aby w naszym prywatnym ZOZ ceny były wyższe od obecnych. U nas zabiegi kosztują stosunkowo niewiele - od 7 do 12 zł.

Jest pan założycielem i prezesem zarządu Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Szpitali Niepublicznych. Na czym polega ta inicjatywa?

- Była pilna potrzeba powołania reprezentacji szpitalnictwa prywatnego i przekazywania głosów i opinii tego środowiska. Potrzebna była organizacja broniąca interesów właścicieli szpitali przed często agresywnie niechętnymi urzędnikami średniego szczebla. I tak na przykład jeżdżę po Polsce z prezentacją europejskich rozwiązań w opiece zdrowotnej. Okazuje się, że urzędnicy w Polsce nie mają elementarnej wiedzy o systemach ochrony zdrowia w Europie, ale i o polskim systemie niewiele wiedzą. Zaprosiłem urzędników i posłów z sejmowej Komisji Zdrowia na wycieczkę po szpitalach prywatnych różnego typu (całkowicie prywatnych od początku powstania, publicznych i zarządzanych przez podmiot prywatny itp.), aby zobaczyli, jak się nimi zarządza i jaki jest stopień zadowolenia miejscowej społeczności i lokalnego samorządu.

Jak zareagowali posłowie?

- Do wyjazdu nie doszło. Posłanka Beata Libera-Małecka, do której adresowaliśmy zaproszenie, miała nieprzyjemności z tego powodu. Została posądzona o lobbowanie za prywatnymi szpitalami.

Jak pan przełamuje stereotypy związane z prywatyzacją szpitali?

- Pokazuję europejskie przykłady. Wystarczy pojechać do Bułgarii, gdzie w marcu tego roku wprowadzono ustawę umożliwiającą prywatyzację szpitali. Wyłączono z niej 63 jednostki na prawie 500 placówek. Prywatyzacja nie objęła m.in. centralnych instytutów narodowych, czyli zakładów o znaczeniu krajowym. Pozostałe szpitale można było kupić i do dzisiaj nie tylko nie odbyły się przetargi, ale nawet nie zostały złożone oferty.

Dlaczego nikt nie był zainteresowany przejęciem tych placówek?

- Obecnie medycyna rozwija się z taką szybkością, że po 30 latach szpital traci wartość. Żaden rozsądny menedżer nie odkupi 30-letniego szpitala publicznego. Zmieniły się bowiem normy i standardy wyposażenia, a koszty remontu są olbrzymie. Ponadto zmieniła się medycyna. Rozwój tej dziedziny wiedzy postępuje z ogromną szybkością, tak że oddziały, które były ze sobą połączone, mogą obecnie znajdować się na dwóch końcach szpitala. Cała organizacja szpitala ulega zmianie. W związku z tym po 30 latach placówkę należy zamknąć, wybudować nową, a budynek przeznaczyć na inne cele. Jeśli polityk zajmujący się systemem zdrowia tego nie wie, to ja nie widzę jasnej przyszłości w tej dziedzinie przez najbliższe kilka lat.

Jakie skutki spowoduje zawetowanie przez prezydenta ustawy o przekształceniu szpitali publicznych w spółki prawa handlowego?

- Pomysł był dobry, ale niepotrzebnie w ustawie zapisano przymus tych przekształceń. Odpowiedź na to pytanie można znaleźć w Racjonalnym Systemie Ochrony Zdrowia. Taki projekt ustawy powstał, a jej autorami są: Krzysztof Bukiel, eksperci z Centrum Adama Smitha, Andrzej Sośnierz, Wojciech Misiński i ja. W jednej dużej ustawie zawarliśmy wszystkie niezbędne rozwiązania konieczne do uzdrowienia ochrony zdrowia w Polsce, m.in. dotyczące racjonalnej wyceny usług medycznych. Moim zdaniem musi powstać niezależne od władz państwowych centrum wyceny, w którym wszystkie nowe zabiegi i świadczenia opisuje się i wycenia.

Jednak pana centrum rehabilitacyjne nie ma kontraktów z NFZ?

- Nie. Tylko w pierwszym roku podpisaliśmy kontrakt z NFZ. 26 terapeutów przyjmowało pacjentów na dwie zmiany od godz. 6 do 21. Ludzie szturmowali klinikę. Miesięczny kontrakt wynosił zaledwie 22,5 tys. zł. Do końca roku kontynuowaliśmy jednak działalność. Wyjaśniłem moim wspólnikom, że to jest koszt reklamy. Pokazaliśmy pacjentom, jaki mamy sprzęt, jakich terapeutów i jak skutecznie leczymy. Dało to lepsze efekty niż płatna reklama w gazecie.

ANDRZEJ SOKOŁOWSKI

specjalista chorób wewnętrznych, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Szpitali Niepublicznych, współwłaściciel Centrum Rehabilitacji i Odnowy Biologicznej, zaproszony przez tygodnik The Economist do grona ekspertów na konferencję Tenth Business Roundtablewith the Governement of Poland