Krakowska firma zajmująca się wynajmem pomieszczeń biurowych popadła w tarapaty finansowe. Początkowo zatrudniała kilku pracowników, których praca polegała na dbaniu o stan techniczny budynku oraz zarządzaniu całą nieruchomością.

Syndyk masy upadłościowej, kótry likwidował majątek spółki, pragnąc podnieść standard wynajmu obiektu, dodatkowo zatrudnił jeszcze dwie osoby. Równocześnie szukał kupca na budynki.

W 2008 roku budynek został przez syndyka sprzedany krakowskiemu przedsiębiorcy, który równocześnie przejął wszystkie umowy najmu pomieszczeń w zakupionym obiekcie.

– Nowy właściciel nie chciał jednak uznać, że po kupnie budynku ma zobowiązania wobec przejętych pracowników – mówi Beata Gulińska, radca prawny z Krakowa.

Pracownicy skierowali sprawę do sądu. Ten ustalił, że nowego właściciela oraz siedmiu pracowników łączy stosunek pracy ze wszystkimi tego konsekwencjami. Wskazał też, że w tym przypadku można mówić o przejęciu firmy.

Nowy właściciel nie tylko bowiem kupił sam budynek, ale także przejął zakład pracy zajmujący się obsługą wynajmowanych pomieszczeń.

Firma nie zgodziła się z wyrokiem sądu I instancji. Jej zdaniem kupiła tylko nieruchomość, a nie całą firmę.

Sąd apelacyjny oddalił jednak apelację, podzielając stanowisko sądu I instancji. Niezadowolony z wyroku przedsiębiorca złożył kasację do Sądu Najwyższego.

– Kupujący chciał przejąć tylko zyski z wynajmu, unikając kosztów związanych z dotychczasowych zatrudnianiem pracowników, bowiem sam prowadził zakład pracy chronionej – mówi Beata Gulińska.

Zwróciła uwagę, że takie przypadki są coraz częstsze. Firmy bowiem, kupując majątek upadłych przedsiębiorstw, wszelkimi możliwymi sposobami starają się pozbyć zobowiązań wobec zatrudnionych tam wcześniej pracowników.

Sąd Najwyższy oddalił skargę kasacyjną. Sędziowie podzielili opinię sądu okręgowego i apelacyjnego, że nietrafny jest zarzut przedsiębiorcy dotyczący tego, że nie było to przedsiębiorstwo.

– Z tego też powodu można mówić o klasycznym przejęciu. Powodowie słusznie domagali się kontynuowania zatrudnienia – mówi Józef Iwulski, sędzia Sądu Najwyższego.

Sygn. akt I PK 101/10