Na początek trochę historii. W 2005 r. resort pracy ustami jednego ze swoich wiceministrów zachwalał wprowadzenie nowych przepisów dotyczących alimenciarzy, którzy nie chcą płacić na własne dzieci. Wtedy Cezary Miżejewski mówił tak: „... Nowe rozwiązania pozwolą baczniej przyjrzeć się dłużnikom. Przecież to »na dole« najlepiej widać, który rodzic uchylający się od opłacania alimentów pracuje na czarno, który jeździ dobrym samochodem bądź mieszka w dużym domu, tyle że przepisanym na konkubinę. Widać też te osoby, które rzeczywiście nie mają pracy i nie mogą jej znaleźć...”.

To wtedy wprowadzono możliwość odbieranie takim osobom prawa jazdy. Wiceminister argumentował: „(...) Jeśli stawiamy na jednej szali prawa obywatelskie dzieci, a na drugiej rodziców, którzy ich nie utrzymują, to przeważać powinno dobro dzieci. To ich prawa musimy chronić, nawet gdyby pojawiały się zarzuty o łamaniu uprawnień konstytucyjnych (...)”. Minister wykrakał, zarzuty się pojawiły, Trybunał Konstytucyjny nakazał zmienić przepisy o odbieraniu prawa jazdy dłużnikom. Resort pracy zalecenie wykonał, tyle że problem pozostał. Teraz zdaniem prokuratora generalnego nie można w ten sposób karać nierzetelnego rodzica. Sprawą więc ponownie zajmie się trybunał. Tylko czy to pomoże dzieciom? Albo ojcom i matkom, którzy latami nie mogą zmusić drugiego rodzica do płacenia alimentów? W końcu czy skorzystają na tym gminy?

Straszak w postaci odebrania prawa jazdy powinien pozostać, bo inne niespecjalnie działają. Utrzymanie takiej sankcji leży w interesie wszystkich zainteresowanych. Budżetu również, który z każdym rokiem płaci coraz więcej na Fundusz Alimentacyjny. Obecnie już 1,3 mld zł rocznie. Szanse na odzyskanie pieniędzy – minimalne.