To prawda, choć brzmi nierealnie. Wbrew wszelkim stereotypom w Polsce to związki zawodowe domagają się uwolnienia minimalnego wynagrodzenia spod dyktatu polityków i uzależnienia go od tego, co dzieje się w gospodarce.

Szkoda, że tej szansy na zmiany nie chce zauważyć władza. W przeciwieństwie do partnerów społecznych posłowie w trakcie pierwszego czytania wspomnianego projektu wręcz prześcigali się w formułowaniu niczym niepodpartych mitów.

Najniższe wynagrodzenie powinno być zależne od PKB

Opozycja zarzucała rządowi np., że płaca minimalna w Polsce jest kilkakrotnie niższa niż w Luksemburgu. Zapomniała dodać, że tamtejsza przeciętna pensja też jest dużo wyższa. A płaca minimalna w Polsce wcale nie należy do najniższych. W ośmiu z dwudziestu krajów UE, w których obowiązuje ogólnokrajowe minimum, jest ono niższe od tego obowiązującego u nas. Pod tym względem jesteśmy liderem w regionie – mamy wyższą płacę minimalną niż np. Czechy, w których PKB na mieszkańca jest o ponad 1/4 wyższy, nie wspominając już o Węgrzech, Słowacji czy Litwie. Ze wszystkich nowych państw członkowskich wyższa minimalna płaca obowiązuje jedynie w Słowenii i na Malcie – ale te państwa mają też wyraźnie wyższy dochód na jednego mieszkańca (w przypadku Słowenii prawie o połowę). Jednocześnie polskie minimum jest ponad dwukrotnie wyższe od rumuńskiego czy bułgarskiego.

Z kolei posłowie koalicji mieli wątpliwości, czy uzależnienie płacy minimalnej od wskaźników gospodarczych nie spowoduje na tyle dużego jej wzrostu, że pracodawcy będą zwalniać pracowników. Kolejny mit o najniższym wynagrodzeniu mówi bowiem, że jego wzrost powoduje wzrost bezrobocia. Nie potwierdzają tego dane statystyczne. W 2008 r., gdy płaca minimalna wzrosła o rekordowe 20 proc. (z 936 do 1126 zł) przybyło prawie pół miliona pracujących, a liczba bezrobotnych zmniejszyła się o 207 tys. Dopiero gdy w czwartym kwartale 2008 r. rozpoczął się kryzys gospodarczy, spadło zatrudnienie. Również badania ekspertów potwierdzają, że nie istnieje alternatywa: niskie płace albo bezrobocie. Wnioskodawcy projektu ustawy przypominali analizę prof. Zofii Jacukowicz z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych, z której wynika, że nie ma zależności pomiędzy wysokością minimalnego wynagrodzenia ani wysokością płacy przeciętnej a sytuacją na rynku pracy. Na badania te powoływał się już wcześniej resort pracy.

Mitem jest też twierdzenie, że obecnie wysokość płacy minimalnej ustala się podczas negocjacji w komisji trójstronnej. W 2010 r. organizacje pracodawców i centrale związkowe porozumiały się, że płaca minimalna w 2011 r. ma wynosić 1408 zł i – jak twierdzą partnerzy społeczni – zgodził się na to także Waldemar Pawlak, ówczesny przewodniczący komisji trójstronnej. Rada Ministrów nie doceniła jednak tego kompromisu i jednostronnie ustaliła wysokość płacy minimalnej na 1386 zł. W wyborczym roku 2011 r. rządzący byli już znacznie hojniejsi dla elektoratu – decyzją rządu (bez kompromisu w KT) najniższe wynagrodzenie od 2012 r. wzrosło aż o 114 zł do 1500 zł. Hojność się opłaciła.

Te wszystkie stereotypy niestety nadal przedkładane są nad poważną debatę o zasadach ustalania płacy minimalnej. Po pierwszym czytaniu obywatelskiego projektu zmian nadal nie zbliżyliśmy się do modelu, w którym najniższe wynagrodzenie jest uzależnione od wskaźników gospodarczych, a nie decyzji polityków. Rząd nie zajął oficjalnego stanowiska wobec tych propozycji. Platforma Obywatelska uznała, że jest za stopniowym podwyższaniem płacy, ale nie wie, czy w kształcie zaproponowanym przez NSZZ „Solidarność”, a współkoalicjant PSL słowami swego reprezentanta orzekł: jesteśmy otwarci, wchodzimy w to – cokolwiek to oznacza.

Wszystko wskazuje więc na to, że przez najbliższe lata i pracodawcy, i pracownicy w kwestii najniższego wynagrodzenia nadal będą uzależnieni od decyzji urzędników.