W awanturze o ustawę refundacyjną emocje sięgnęły już zenitu, ale wiedza społeczeństwa, o co w niej chodzi, jest nad wyraz nikła. Wiemy głównie tyle, że staliśmy się zakładnikami w ostrej grze interesów, jaką prowadzą ze sobą rząd, producenci leków i lekarze. To nie nasza wina, bo w ustawie zapisów jest wiele. Obok tych, które wprowadzają istotne i pożądane zmiany, są również niezrozumiałe, jakby przeczące racjonalności poprzednich. Jak choćby zapis dotyczący wprowadzania na polski rynek drogich leków innowacyjnych. Ich ceny ustalane są przez producentów na poziomie bardziej odpowiadającym sile nabywczej naszych bogatych sąsiadów niż naszej. Koncerny na ich obniżenie godzić się nie chcą, w obawie przed tak zwanym importem równoległym. W negocjacjach poszły jednak na pewien kompromis, który może polskim pacjentom ułatwiać dostęp do najnowszych medykamentów. Zgodziły się mianowicie, że przy dość wysokiej cenie urzędowej na taki refundowany przez nasze państwo specyfik będzie możliwość obniżenia jego rzeczywistej ceny zakupu, w przypadku gdyby liczba pacjentów, dla których jest przeznaczony, przekroczyła przewidziany pułap. Spadnie cena, ale wzrośnie popyt, więc producent nie zarobi mniej. Zapis ten pozwoliłby NFZ kupować nowoczesny lek taniej, niż wynosi jego cena. Producenci zaś nie baliby się, że przedsiębiorczy importerzy wykupią lek w Polsce, by sprzedawać go na przykład w Niemczech, gdzie jego cena jest o wiele wyższa (z rabatu korzystałby tylko NFZ). Takie rozwiązanie wydaje się zadowalać wszystkich zainteresowanych. Ale ten kompromis jest niszczony przez inny zapis tejże ustawy, mówiący o tym, że koncerny muszą ujawniać podobne umowy, które na te same specyfiki zawarły z przedstawicielami rządów innych krajów. Zrozumiały jest powód takiego zapisu – Ministerstwo Zdrowia chce zapewne uzyskać pewność, że nie przepłaca. Jednak konia z rzędem temu, kto zmusi koncern do ujawnienia takiej umowy. Już raczej będzie wolał danego specyfiku w Polsce nie sprzedawać, w trosce, że kompromis może mu zepsuć interesy w innych krajach.

Już wydaje nam się, że rząd robi ważny krok do przodu, by za chwilę cofnąć się o dwa

Być może tego zapisu bronią także inne racje, ale kto je nam wyłuszczył? Od momentu ogłoszenia listy refundacyjnej Platforma wydaje się zupełnie nie interesować ustawą budzącą tak wielkie emocje. Pod ziemię zapadł się rzecznik rządu, wyjaśnienia mediom odmawiają posłowie PO z sejmowej komisji zdrowia, którzy ustawę uchwalili i powinni mieć w jednym palcu argumenty na jej obronę. Mówią ci, którzy akurat nic na ten temat nie wiedzą. Partia rządząca zachowuje się tak, jakby to była tylko sprawa ministra zdrowia, któremu cały pasztet spadł na głowę dopiero kilka tygodni temu.

Kolejna awantura wybuchnie o kwotową indeksację emerytur, którą zapowiedział minister pracy z PSL. Dla wsi jest bardzo korzystna. Te same 71 zł dostanie rolnik, któremu prawie całe świadczenie fundują podatnicy, i osoba, która pracowała 40 i więcej lat, rzetelnie płacąc składki, więc teraz świadczenie ma wyższe. Ten pierwszy dostanie o wiele więcej, niż zjadła mu inflacja, osoby mające wyższe świadczenia sporo jednak stracą. Systemu emerytalnego używa się jako narzędzia do redystrybucji dochodów, a nie sposobu zabezpieczenia przyzwoitej starości. Tak bowiem ma być bardziej sprawiedliwie, gdyż podwyżki cen w takim samym stopniu biją po kieszeni wszystkich. To dlaczego przez kilkadziesiąt lat nie płaciliśmy takich samych składek? Taka decyzja – a sam rząd ma wątpliwości, że może być niekonstytucyjna – uderza po kieszeni nie tylko tych, którzy uwierzyli przed laty, że ich emerytura będzie zależała tylko od sumy wpłaconych składek, a nie od inflacji. Faktycznie demontuje ona nowy system emerytalny.

Taką decyzją rząd sam strzela sobie w stopę. W tym samym przecież miesiącu chce uchwalać ustawę wydłużającą wiek emerytalny. Żeby nasze przyszłe emerytury mogły być wyższe. Jak ma zamiar nas do niej przekonywać, skoro indeksacja kwotowa dowodzi tego, że dłużej pracować się nie opłaci, a rzetelnie składki na ZUS ciągle płacą tylko frajerzy? Jak mamy wierzyć, że rząd naprawdę zamierza reformować KRUS? Kto z PO albo PSL wytłumaczy nam, dlaczego decyzja niezgodna z konstytucją nie łamie jej, jeśli będzie obowiązywać tylko przez rok? Jak mamy szanować prawo, jeśli sama władza go nie szanuje? Nikt na te pytania nie odpowiada. Na razie koalicja robi sobie na złość, a jedna decyzja rządu podważa sens kolejnej.