Od 1 stycznia przyszłego roku dodatkowy urlop macierzyński zostanie wydłużony o dwa lub trzy tygodnie w zależności od liczby urodzonych dzieci. Z kolei urlop ojcowski będzie trwał dwa – a nie jak dotychczas jeden tydzień. To tylko część zmian, które mają zachęcić Polaków do posiadania dzieci. Czy zachęcą?

W praktyce okazuje się, że same zmiany w prawie pracy nie powodują wzrostu liczby urodzin. 1 stycznia 2009 r. weszła w życie tzw. ustawa prorodzinna, która wydłużyła zwykły urlop macierzyński i wprowadziła dodatkowy, a także urlop ojcowski. Przez cały ubiegły rok urodziło się 415 tys. dzieci, czyli o 4 tys. mniej niż rok wcześniej. Wskaźnik dzietności spadł z 1,40 do 1,38. Jeszcze gorzej jest w tym roku. W ciągu trzech pierwszych kwartałów przyszło na świat zaledwie 295,9 tys. dzieci, czyli o 19 tys. mniej niż w tym samym okresie w 2010 r. A przecież ustawa nie tylko wydłużyła urlopy, ale wprowadziła też możliwość ochrony przed zwolnieniem po powrocie z urlopu macierzyńskiego.

Bardziej niż dłuższe urlopy macierzyńskie potrzebne są przedszkola

Jak widać, same przywileje pracownicze nie poprawiły sytuacji demograficznej. Dla młodych ludzi, którzy podejmują decyzję o założeniu rodziny, równie ważne jest to, czy finansowo i organizacyjnie poradzą sobie z nowymi obowiązkami i na jaką pomoc w tej kwestii mogą liczyć.

Z przygotowanego przez rząd raportu Młodzi 2011 wynika, że dziś pracuje nieco ponad połowa osób w wieku 15 – 34 lata. Jednocześnie osoby w tym wieku stanowią połowę wszystkich zarejestrowanych bezrobotnych. Pierwsza średnia pensja to 1 tys. 818 zł, z kolei z raportu Komisji Europejskiej wynika, że w 2009 r. 62 proc. osób w wieku 15 – 24 lata i 23 proc. w wieku 25 – 49 lat było zatrudnionych nie na stałe, a jedynie tymczasowo. Obecnie Polska jest unijnym liderem pod względem liczby zatrudnionych na podstawie terminowej umowy o pracę. Łącznie pracuje tak 3,46 mln Polaków (27 proc. wszystkich pracowników).

Brak stałej umowy oznacza, że w praktyce pracownik nie ma żadnej gwarancji zatrudnienia. Może być w każdej chwili zwolniony za krótkim, dwutygodniowym wypowiedzeniem (jeśli pracuje na czas określony) lub wręcz z dnia na dzień (jeśli jest zatrudniony na podstawie umowy cywilnej). Będzie miał też problem ze zdolnością kredytową, co ma często duże znaczenie dla młodych ludzi na dorobku. W takiej sytuacji becikowe lub dłuższy urlop nie zachęcą ich do posiadania dzieci. Nie zmieni się to, dopóki rząd nie znajdzie recepty na to, by firmy zatrudniały na stałe. Najprostszym sposobem jest ograniczenie możliwości zawierania terminowych umów maksymalnie na dwa lata. Rozmowy w tej sprawie mają rozpocząć związki i pracodawcy. Warto jednak także zastanowić się nad ulgami w opłaceniu składek na ubezpieczenia społeczne w pierwszym roku stałej pracy czy też nad ograniczeniem uprawnień osób zatrudnionych na czas nieokreślony. Jeśli pracodawca będzie mógł łatwiej rozstawać się z kimś takim (np. nie będzie musiał uzasadniać wypowiedzenia), chętniej będzie zatrudniał.

Drugi problem, który wciąż zniechęca do posiadania dzieci, to brak odpowiedniej opieki instytucjonalnej. Cóż z tego, że matka dziecka będzie miała od nowego roku nawet 24 tygodnie urlopu macierzyńskiego, a ojciec – 2 tygodnie urlopu ojcowskiego, skoro po jego zakończeniu mogą mieć problem z zapewnieniem mu opieki aż do momentu, gdy stanie się ono samodzielne. W 38-milionowej Polsce działają obecnie 392 żłobki, które dysponują około 30 tys. miejsc dla dzieci (rodzi się ich co roku 14 razy więcej). Zapisanie dziecka do publicznego przedszkola też graniczy z cudem. Na dodatek nie sprawdza się uchwalona w tym roku ustawa żłobkowa. W skali całego kraju na stanowiska opiekunów dziennych gminy zatrudniły dotychczas tylko trzy osoby. Przeznaczono za mało środków na budowę nowych żłobków. Dopóki się to nie zmieni, nie można spodziewać się demograficznego boomu.

Wydłużenie urlopów macierzyńskich i wprowadzenie ojcowskich było tylko pierwszym elementem spójnej polityki prorodzinnej. Rządzący muszą teraz uczynić kolejny krok, jeśli chcą, aby w przyszłości rodziło się więcej Polaków. Jeśli tego nie zrobią, za 30 lat będzie za mało rąk do pracy i wiek emerytalny trzeba będzie wydłużać nie do 67., ale do 70. roku życia.