Zatrudniamy na pół etatu panią do pomocy w domu i ogrodzie. Co miesiąc trzeba wypełnić łącznie cztery strony druków z licznymi cyframi oraz wysłać do ZUS, a co dwa miesiące uprzejme panie z tej instytucji telefonują, że coś zostało zrobione nie tak. Rozumiem wściekłość przedsiębiorców, którzy zatrudniają kilkunastu czy kilkudziesięciu ludzi. A czy nie można by tak: nie wypełniam nic, dopóki nie nastąpiła czy to zmiana uposażenia, czy to zmiana pracownika, a ZUS mi ufa, że jak nic nie piszę, to znaczy, że wszystko jest, jak było? Widać – nie można.

Żona musiała pójść do przychodni przyszpitalnej (w gminnej nas znają i nie pytają o ubezpieczenie), a że jest ubezpieczona przeze mnie, więc okazała podstemplowaną odpowiednią książeczkę. Pani w rejestracji zgodziła się ją przyjąć, ale zwróciła uwagę, że książeczka jest nieważna. Dlaczego – pytamy? Bo została podstemplowana przez zakład pracy dwa miesiące temu. Przecież wystarczy co trzy miesiące, mówimy. Nie – odpowiada pani ze współczującym uśmiechem i z pełnym zrozumieniem idiotyzmu – od roku trzeba podbijać co miesiąc.

Po co stemplować co miesiąc książeczkę zdrowia? Po co wciąż wysyłać formularze do ZUS, gdy zatrudnia się pracownika? To kosztowna i niepotrzebna nieufność

Była pani minister Fedak wprowadziła zakaz łączenia pracy i emerytury dla tych, którzy mieli ten przywilej przez dwa lata. Oznajmiła, jakie to będą oszczędności. A tu czytam, że około 60 proc. ludzi zwolniło się i zatrudniło następnego dnia, zaś pani minister zapomniała, że zwalniającym się należy się odprawa w wysokości trzech pełnych pensji, co kosztowało budżet (bo to dotyczyło przede wszystkim budżetówki) więcej niż cała oszczędność, zaś ludziom popsuło krew, bo jeżeli nie było to nawet pozbawienie praw nabytych, tylko pewnego przywileju, to jednak liczyli na te pieniądze, brali kredyty. A ponadto za moment będziemy przedłużać wiek emerytalny, więc cała ta operacja szła w przeciwną stronę.

I gdzie tu jest słusznie popierana przez rząd zasada zaufania do obywatela oraz gdzie chociaż odrobina kalkulacji kosztów? Na czym polega ta niemożność, na czym polegają te pomysły, które zapewne zostaną jakoś złagodzone, że na przykład lekarz będzie odpowiadał za udzielenie refundowanej recepty osobie nieuprawnionej. Ilu jest tych nieuprawnionych w Polsce? Jeden, a może dwa procent. I po to cała gigantyczna operacja, potem słusznie napastliwe teksty publicystyczne, a potem wycofywanie się chyłkiem i częściowe.

Otóż wciąż działa w Polsce tylekroć potępiana zasada myślenia, że jeżeli jest złodziej, to znaczy, że potencjalnie wszyscy mogą być złodziejami, czyli trzeba wprowadzić takie ograniczenia, żeby nikt nie mógł ukraść. Duże supermarkety, które są prywatne, już dawno uznały, że nie będą wydawały zbyt wielkich pieniędzy na walkę z nieuniknionymi złodziejaszkami obu płci, bo to się nie opłaci. Co taki złodziej ukradnie: marchewkę i gumę do żucia – nie warto angażować wielu kamer, licznej ochrony i specjalnych detektywów. A ponadto nawet jak się przyłapie złodzieja, to trzeba będzie stracić mnóstwo czasu na rozmowy z policją, która też się nie rwie do prześladowania obywatela, który ukradł towaru za trzydzieści złotych.

A zatem wszystko opiera się na zdolności przewidywania, która wymaga elementarnej inteligencji. Nie winię zastępów urzędników, którzy muszą wykonywać polecenia. Natomiast najgorszy w Polsce jest średni aparat państwowy, który zresztą – teoretycznie słusznie – zmienia się bardzo rzadko, jak można ocenić po znanych mi ministerstwach. Ministrowie mogą być błyskotliwi, ale oni nie liczą drobnych kosztów, z których urastają miliardy. Nie są też w stanie skontrolować ludzi na poziomie wicedyrektora departamentu, bo by nic innego nie robili, tylko kontrolowali. Jedyne rozwiązanie to kompetentna służba cywilna, ale w Polsce to idzie niesłychanie opornie.