Przypomnijmy, że kiedy w połowie 2009 roku ich przyznawanie i wypłata stały się zadaniem własnym gmin, otrzymały one gwarancję w postaci ustawowego zapisu, że ich koszt będzie pokryty całkowicie z budżetu. Wszystko było dobrze do czasu, gdy resort dokonał gwałtownej wolty i uznał, że zasiłki tak jak inne świadczenia owszem mogą być dotowane, ale tylko do wysokości 80 proc.

Wśród gmin zawrzało, bo w ogóle nie były przygotowane na taką zmianę i w środku roku z dawno podzielonym budżetem zostały postawione pod ścianą. Od razu pojawiły się podejrzenia, że jest to kolejna próba łatania dziurawego budżetu państwa. A pieniądze musiały się znaleźć, bo ustawa o pomocy społecznej daje prawo do tego świadczenia każdemu, kto spełnia warunki jego uzyskania.

Samorządy postanowiły więc protestować, choć ich pozycję w tej walce można porównać do sytuacji biblijnego Dawida w starciu z Goliatem. Spór zakończył się jednak podobnie jak w starotestamentowej historii zwycięstwem strony potencjalnie stojącej na straconej pozycji, bo Ministerstwo Finansów ustąpiło i ustawa okołobudżetowa przywróci od stycznia całkowite dotowanie zasiłków. Jednak w tej beczce miodu musi też znaleźć się łyżka dziegciu. Tego, co w tym roku gminy musiały dołożyć do zasiłków, już nie odzyskają, chyba że wybiorą drogę sądową i tam będą domagać się swoich pieniędzy.

Teraz samorządy toczą kolejny bój o ustawę o pieczy zastępczej, którą muszą realizować bez pieniędzy. Tym razem nie jest już tak łatwo, niemniej gminy pokazują w ten sposób rządowi, że powinny być traktowane jako partner, a nie ślepo posłuszny wykonawca wszystkiego, co uchwali parlament.