Dwa przykłady: skasowanie prawa do wspólnego rozliczania się małżonków z podatku oraz uzusowienie umów o dzieło, jeżeli ktoś nie płaci składek zusowskich w głównym miejscu pracy. Otóż olbrzymia większość małżeństw, które się wspólnie rozliczają, to takie, gdzie jedno z małżonków (najczęściej niestety kobieta) prowadzi dom, wychowuje dzieci i wykonuje wiele prac z tym związanych. Jeżeli chcemy dbać o zmianę złych tendencji demograficznych, to skasowanie tego przywileju podatkowego spowoduje dokładnie odwrotne skutki. Byłoby zupełnie inaczej, gdyby w Polsce, jak we Francji, dzieci mogły iść do żłobka w wieku 3 miesięcy, a przedszkole byłoby obowiązkowe. Ponadto prowadzenie domu to nie tylko dzieci, ale gotowanie, sprzątanie, pranie i wiele innych czynności, które stanowią po prostu pracę. Wiem, że bardzo trudno w dzisiejszych warunkach doprowadzić do tego, żeby kobiety były za prowadzenie domu wynagradzane, choć słusznie im się to należy, ale nie odbierajmy tego przywileju podatkowego, bo byłoby to i nierozumne, i wręcz szkodliwe z punktu widzenia interesu społecznego, a poza tym po prostu niesprawiedliwe.

Uzusowienie umów o dzieło wzbogaci budżet, ale pogrąży tych, którzy szukają pracy

Uzusowienie umów o dzieło ma na celu uporządkowanie sprawy umów śmieciowych i to jest zrozumiałe. Jednak będzie to oznaczało albo mniejsze dochody z tytułu tych umów, albo większe wydatki zatrudniającego na takie umowy. Czy ktokolwiek jest w stanie policzyć, ilu ludzi z tego powodu straci jakąkolwiek pracę? Czy skórka jest warta wyprawki? Znacznie sensowniejsze byłoby doprowadzenie do tego, by ludzie nie pracowali na czarno i płacili zwyczajne podatki. Przecież wiedza na temat skali tego zjawiska jest dostępna, a na wsiach i w małych miasteczkach ma ono charakter nagminny. Dzięki pracy na czarno niewielki przedsiębiorca budowlany płaci robotnikowi 8 złotych za godzinę i teoretycznie wszyscy są zadowoleni, z wyjątkiem państwa. Jestem przekonany, że rozsądna umowa o dzieło stanowiłaby krok do przodu, a nie w każdych okolicznościach jest tylko śmieciem. Ponadto wiele można by oszczędzić, gdyby zrezygnować z ulg wynikających z zatrudniania pracowników tylko na okres stażu. Znam bardzo wiele tego rodzaju przypadków.

Wracając do zasadniczego tematu. Kiedy trzeba oszczędzać, to istotne są nie tylko dochody budżetu, ale także konsekwencje społeczne. Wiele z takich oszczędności wprawdzie przyniesie do budżetu pewne (raczej niezbyt wielkie) sumy, ale spowoduje negatywne skutki społeczne, a przede wszystkim doprowadzi do jeszcze większego rozwarstwienia w Polsce. Ludzie zamożni może nieco stracą, ale ludzie skromni i biedni stracą bardzo dużo. A przecież słyszymy stale od rządzących, że reformy o charakterze oszczędnościowym nie mogą uderzać w najmniej zarabiających. Jeżeli rzeczywiście rozważane są takie projekty, jak dwa wspomniane i podobne, to właśnie najmniej zarabiający najwięcej stracą.

Logika wspólnoty interesu społecznego polega przecież na tym, żeby obciążać w razie konieczności obywateli proporcjonalnie do ich dochodów. Dlatego podatek liniowy ma pewien sens, chociaż to kwestia dyskusyjna. Jednak idea sprawiedliwości społecznej powinna przyświecać wszystkim propozycjom zmian. Nie jest to wcale proste, bo w każdym społeczeństwie najbiedniejsi mają najsłabszy głos. Dzisiejsi oburzeni to na całym świecie nie najbiedniejsi, ale potencjalni członkowie klasy średniej. Kto zatem upomni się o najbiedniejszych? Obawiam się, że nie SLD, bo od dawna los najbiedniejszych tej partii nie interesuje. Myślę, że jednak jest to po prostu obowiązek rządu i chciałbym to usłyszeć w exposé Donalda Tuska.