Przepisy ustawy żłobkowej, które miały spowodować wzrost liczby publicznych placówek dla najmłodszych dzieci, nie zadziałały. Przynajmniej na razie. Żłobki nie zaczęły bowiem powstawać jak grzyby po deszczu. Nie ma również boomu na opiekunów dziennych. Tych, którzy przeszli wymagane ustawą procedury, jest zaledwie trzech – i to w całym kraju. Pozostałych odstraszają długotrwałe i kosztowne szkolenia. Do zajmowania się dziećmi w domach nie zachęca również wysokość wynagrodzeń oferowanych przez gminy.

Ustawa jak na razie spowodowała – choć zapewne nie o to chodziło rządowi – jeden skutek: wzrost opłat za żłobki. Dla rodziców 400 tysięcy dzieci, bo tyle rodzi się ich rocznie w Polsce, to nie najlepsze wiadomości. Najpierw muszą walczyć o miejsce w żłobku, potem ponosić wysokie opłaty za przedszkola, a i tak nie wiedzą, kiedy ich dziecko ma trafić do pierwszej klasy. Fiaskiem bowiem zakończyła się także reforma pt. sześciolatki do szkół. Po protestach rodziców, ale także alarmujących doniesieniach samorządów, które od dłuższego czasu wskazywały, że podległe im szkoły nie są gotowe do przyjęcia najmłodszych uczniów, rząd wycofał się z pomysłu, żeby wszystkie sześciolatki trafiały tam obowiązkowo już w 2012 roku. Teraz resort edukacji pracuje nad nowym rozwiązaniem. Na razie wiadomo jednak tylko tyle, że w przyszłym roku to rodzice samodzielnie zdecydują, czy posłać dziecko do szkoły, czy jeszcze poczekać. Kiedy będzie to obligatoryjne? Nikt nie wie.

Ale na tym nie kończą się niespodzianki, jakie rząd szykuje rodzicom. Nie wiadomo bowiem, czy już wkrótce nie zostanie zlikwidowane becikowe, a także ulgi podatkowe na dzieci. I rzecz nie w tym, że akurat to pierwsze rozwiązanie jest złe, bo wcale nie zachęca do posiadania dzieci. Chodzi raczej o deficyt jakichkolwiek innych pomysłów na zachęcanie młodych ludzi do posiadania potomstwa.

Już mamy niż demograficzny. A brak dobrej polityki prorodzinnej tylko pogłębi zapaść. Z tej, podobnie jak z kryzysu, szybko się nie wychodzi.