Od tygodni politycy kuszą pracowników lepszą ochroną przed zwolnieniem, wyższą płacą minimalną, gwarancjami zatrudnienia po stażu i wprowadzeniem progów ostrożnościowych stopy bezrobocia. Żadne z ugrupowań walczących o miejsce w parlamencie nie pokusiło się za to o odpowiedź na proste pytanie: dlaczego firmy nie chcą zatrudniać pracowników?

W tej kampanii pracodawcy grają bowiem rolę czarnego charakteru. Nadużywają mitycznych już umów śmieciowych, choć na takie określenie zasługuje co najwyżej trwałe zatrudnianie na umowach cywilnoprawnych. Krzywo patrzą na matki powracające do pracy po urodzeniu dziecka, choć te często nadużywają zwolnień lekarskich. Nie godzą się na kolejne podwyżki płacy minimalnej, która i tak od 1 stycznia 2012 r. wzrośnie o 114 zł.

Oczywiście naiwnością byłoby oczekiwanie, że w trakcie kampanii partie będą dbać o pracodawców kosztem kilkunastu milionów pracowników. Liczą się przecież głosy wyborców. Żadna z partii nie podjęła jednak choćby próby, by zachęcić do siebie pracodawców, nie zniechęcając pracowników. To wcale nie jest trudne. Pracodawcy na pewno zwróciliby uwagę na partię, która zagwarantowałaby im np. uproszczenie rozliczania czasu pracy (problemy z tym mają już prawnicy, a nie tylko przedsiębiorcy) lub likwidację ochrony przedemerytalnej (bo zamiast chronić, dyskryminuje starszych pracowników). Niejeden przedsiębiorca poparłby też ugrupowanie, które chciałoby ograniczyć jego obowiązki związane z dokumentacją pracowniczą lub wdrożyć na stałe przepisy, które mają pomagać firmom w razie kryzysu gospodarczego.

Po czterech latach braku ważnych zmian w kodeksie pracy firmy potrzebują ich jak dżdżu po długiej suszy. Po rozczarowaniu jednym okienkiem, podwyższaniem podatków, komisją Przyjazne Państwo ta partia, która zaprezentowałaby im jednolity program, mogłaby liczyć na ich lojalność w dniu wyborów. Może na finiszu kampanii politycy dostrzegą, że zamiast czarnym charakterem pracodawcy mogliby się okazać czarnym koniem tych wyborów.