Wypowiedź minister, mimo że ta zdążyła już przyzwyczaić wszystkich do nietypowych wolt, jest naprawdę zaskakująca. Przez ostatni rok intensywnie przekonywała do posyłania maluchów do szkół. Jeszcze pod koniec wakacji twierdziła, że 20 proc. sześciolatków, które od września tam trafią, to naprawdę niezły wynik. I padały przykłady Wrocławia, gdzie rodzice co piątego malucha wybrali naukę w pierwszej klasie. W Gdańsku i Krakowie do szkoły trafił co trzeci sześciolatek. Dodatkowo minister wskazywała na czynnik ekonomiczny, nie bez znaczenia w dobie niżu demograficznego. Im więcej sześciolatków w szkołach, tym bardziej oddala się widmo ich zamknięcia.

I dokładnie wczoraj na antenie polskiego radia pani minister zmieniła zdanie. Powiedziała, że resort rozważa rezygnację z obowiązkowego w przyszłym roku posłania do szkół sześciolatków. Wskazała, że to efekt analizy tegorocznej frekwencji. Czyli jednym słowem rodzice, którzy uwierzyli w argumenty ministra o korzyściach z dłuższej edukacji swoich dzieci, okazali się naiwniakami. Bez znaczenia okazało się to, że dla części z nich to była bardzo trudna decyzja, wiążąca się chociażby z tym, jaką wybrać szkołę.

Przykład pani minister pokazuje klasę rządzących. Niestety w jak najgorszym świetle. Ci bowiem, zamiast wsłuchać się w opinię publiczną i rozmawiać z autorami projektu ustawy znoszącej obowiązek nauki dla sześciolatków, chcieli realizować na siłę swoją idee fixe. Szkoda, może następnym razem rząd weźmie pod uwagę głos 350 tys. obywateli, którzy poparli nierządową ustawę. Niekoniecznie przed wyborami.