Za brak interwencji rządzących zapłacą pracodawcy, których może dotknąć druga fala spowolnienia gospodarczego. Odbije się to też na pracownikach, którzy z tego powodu mogą stracić zatrudnienie.

W kwestii zmian w prawie pracy rząd stosuje prostą zasadę: jeśli centrale związkowe i organizacje pracodawców porozumieją się w tej sprawie, to wprowadzimy wypracowane przez nie rozwiązania w życie. Dla rządzących to korzystna taktyka, bo zwalnia z obowiązku przygotowania własnych propozycji zmian w kodeksie pracy. Jednocześnie nie narażają się ani pracodawcom, ani pracownikom, bo przecież chcą wprowadzić wszystkie kompromisowe rozwiązania.

Cenę za brak interwencji rządu w sprawy warunków zatrudnienia zapłacą jednak właśnie firmy i osoby w nich zatrudnione. Związki zawodowe i pracodawcy nie zawsze są bowiem w stanie wynegocjować porozumienie. Najlepszym tego przykładem są toczące się rozmowy w sprawie wprowadzenia na stałe niektórych rozwiązań antykryzysowych. Związki zawodowe nie zgodziły się na propozycje pracodawców, którzy chcieli na stałe wydłużać okresy rozliczeniowe czasu pracy w zamian za ograniczenie możliwości zawierania terminowych umów o pracę. W rezultacie przy biernej postawie rządu do końca tego roku ustawa antykryzysowa wygaśnie, mimo że eksperci ostrzegają przed zbliżającą się drugą falą kryzysu. Znów może się powtórzyć sytuacja z 2009 r., gdy z powodu braku przepisów antykryzysowych (prace nad ustawą w tej sprawie trwały długo) firmy same musiały radzić sobie w szczycie spowolnienia (czyli I połowie tamtego roku).

To niejedyny przypadek, gdy brak inicjatywy ze strony rządu utrudnia zatrudnienie. Od co najmniej kilkunastu miesięcy resort pracy zapowiada przedstawienie partnerom społecznym projektu nowego działu VI kodeksu pracy, czyli przepisów o czasie pracy. Dziś są one największą zmorą firm, m.in. ze względu na niejasne rozwiązania dotyczące doby pracowniczej, oddawania dni wolnych za święto czy dyżurów. Mimo to do tej pory partnerzy społeczni nie doczekali się propozycji w tej sprawie.

Nie zmieni się to, dopóki rząd nie zacznie inicjować dyskusji nad zmianami w prawie. I zrozumie, że przecież na tym przede wszystkim polega rządzenie. Strusia taktyka w takiej sytuacji się nie sprawdza.