Gdyby pomysł ten potraktować serio, a nie jako klasyczną kiełbasę wyborczą, trzeba by ogłosić koniec systemu emerytalnego w naszym kraju. Inicjatywa PSL wysadzi go bowiem w powietrze. Spowoduje, że już nikt nie będzie chciał płacić składek na ZUS, bo i po co? Przecież i tak świadczenie, w jakimś minimalnym wymiarze, ma się należeć każdemu. I temu, kto pracował na czarno (czego przecież nie udokumentuje), i temu, kto nie pracował wcale. Przecież nie można starych ludzi pozostawić swojemu losowi – argumentuje Jolanta Fedak, minister pracy. Emerytura obywatelska będzie lepsza niż pomoc społeczna.

Coś, co na pozór wydawać się może gestem solidarności społeczeństwa wobec osób starych, które z różnych powodów nie wypracowały sobie emerytury, jest faktycznie wymierzone przeciwko tym wszystkim, którzy pracowali. I aż do tej pory uważali, że lepiej pracować legalnie, nawet za niższą wypłatę na rękę, niż mieć zatrudnienie na czarno. Bo tylko praca legalna dawała nadzieję na emeryturę. PSL chce to zmienić.

Reforma systemu z 1999 r. spowodowała, że każda złotówka zapłaconych składek jest zapisywana i waloryzowana. W przeciwieństwie do osób objętych starym systemem emeryci zreformowani dostaną na starość tylko tyle, ile przez lata pracy uzbierali na swoich emerytalnych kontach. Każda przerwa w zatrudnieniu oznacza więc, że oszczędności się nie powiększają, czyli – przyszłe świadczenie będzie niższe. Te przerwy mogą wynikać ze złej koniunktury gospodarczej i wysokiego bezrobocia. Mogą też być efektem decyzji o urodzeniu dziecka i urlopie wychowawczym. Ekonomiści ostrzegają, że za kilkanaście lat okaże się, że coraz większa grupa osób, zwłaszcza gorzej wykształconych, osiągając wiek emerytalny, ma na koncie zbyt mało, żeby otrzymać świadczenie gwarantujące możliwość przeżycia. Państwo będzie musiało im dopłacić do emerytury minimalnej. Żeby jednak było w stanie ten ciężar udźwignąć, już dawno temu powinno wydłużyć wiek emerytalny. Politycy boją się tej decyzji. Sondaże wyraźnie wskazują, że społeczeństwo sobie tego nie życzy.

Zamiast wydłużenia wieku emerytalnego mamy pomysł wręcz odwrotny, czyli emerytury obywatelskie. Kto je sfinansuje? Jeśli państwo nie udźwignie ciężaru dopłat do świadczeń coraz większej grupy tych, którzy pracowali z przerwami i składki jednak płacili, to skąd weźmie na emerytury dla tych, którzy przez całe życie składek ani podatków nie płacili? W kosztach utrzymywania państwa nie partycypowali? Przecież świadczenia dla nich rozwalą najpierw ZUS, a potem cały budżet państwa! Już teraz wielu specjalistów wybiera samozatrudnienie zamiast etatu, żeby sobie obniżyć podatki i składki na ZUS. Zachowują się – z ich punktu widzenia – racjonalnie. Po co płacić państwu tak wysokie daniny, skoro przyszła emerytura i tak będzie niska? Po wprowadzeniu emerytur obywatelskich te daniny musiałyby dodatkowo wzrosnąć, żeby je sfinansować. Zaś wysokość przyszłych emerytur tych, którzy podatki i składki przez całe zawodowe życie uczciwie płacili, zrównałaby się ze świadczeniem dla tych, którzy ich nie płacili, bo byli zatrudnieni na czarno.

Kampania wyborcza to okres głupich, szkodzących gospodarce pomysłów. Kalkulacje partyjne biorą górę nad elementarną odpowiedzialnością za kraj. PSL, widząc, jak wielu ludzi, zwłaszcza w małych miasteczkach, zatrudnianych jest nielegalnie, pokusiło się o ich głosy. Gdyby rolnicy, stanowiący trzon elektoratu ludowców, płacili podatki i składki emerytalne tak, jak pozostali obywatele, szybko by się zorientowali, że emerytury obywatelskie obciążą ich kieszenie. Ale rolnicy podatków nie płacą, a ich świadczenia nie zależą od sumy wpłaconych składek. Pomysły PSL są próbą drenażu tylko kieszeni zwykłych podatników. To my możemy się udławić kiełbasą wyborczą ludowców.