Rządzący psują obywateli i obniżają ich zaufanie do państwa. Dementując system emerytalny czy zmieniając co chwila zdanie w sprawie dorabiania do emerytury, dają im do ręki argumenty, aby wszelkimi możliwymi sposobami unikali płacenia składek ZUS. W efekcie ludzie przechodzą na samozatrudnienie, godzą się na pracę na czarno czy umowy honoraryjne. Przecież i tak nic nie będzie z tych naszych emerytur – mówią. Po co więc płacić składki.

Prezydent Bronisław Komorowski podpisał w tym tygodniu ustawę mającą rzekomo pomóc osobom łączącym pracę i emeryturę. Wcześniej rząd w ciągu zaledwie dwóch lat siedmiokrotnie zmieniał zdanie w sprawie bezproblemowego ich łączenia. W styczniu 2009 r. wchodzi w życie przygotowany przez rząd przepis, który mówi: nie musisz zwalniać się z pracy, jeśli chcesz emeryturę. Już we wrześniu 2009 r. rząd zmienia zdanie. Resort pracy zapowiada, że przywróci nakaz rozwiązywania umowy o pracę, aby w październiku się z tego wycofać. Mimo to rok później przygotowuje zmiany. W grudniu 2010 r. wchodzą w życie, a tuż przed Wigilią ustawę podpisuje prezydent. Już 28 grudnia deklaruje, że wystąpi z inicjatywą ustawodawczą, która ma ponownie umożliwić łączenie emerytury z etatem bez konieczności rozwiązywania stosunku pracy. Po to, aby wycofać się z tej deklaracji zaledwie po 14 dniach – 12 stycznia. Ostatecznie przygotuje jedynie techniczne rozwiązanie dające prawo do przeliczenia świadczeń z wyższą kwotą bazową. To właśnie tę nowelizację podpisał w tym tygodniu.

Podobna, ocierająca się o groteskę niekonsekwencja występuje w sprawie OFE. Najpierw wszyscy przekonywali nas, że mamy jeden z najlepszych systemów emerytalnych ma świecie. Minister Jolanta Fedak, która rok temu na wiosnę wyszła z pomysłem obniżenia składki do II filaru, została odsądzona od czci i wiary. W sierpniu premier mówił, że w tym zakresie zmian nie będzie. Po czym na koniec grudnia zapowiedział cięcia OFE. Rząd zdemontował system, wskazując równocześnie, że to II filar odpowiada za rosnący dług publiczny. Są mu więc winne nie nadmierne wydatki, ale oszczędności.

Kolejny przykład galopady myśli – Fundusz Rezerwy Demograficznej. Miał zabezpieczać wypłatę emerytur, a rząd czerpie z niego pełnymi garściami już obecnie, gdy sytuacja demograficzna nie jest jeszcze najgorsza.

Nie dziwi więc niechęć Polaków do opłacania danin publicznych, w tym składek do ZUS. Obserwując chocholi taniec wokół systemu emerytalnego, ludzie przestali wierzyć, że cokolwiek z ZUS dostaną. Dlatego godzą się na oficjalną minimalną podstawę, a resztę pod stołem, na pracę na firmę czy umowy o dzieło.

Państwo zniechęca ludzi do opłacania składek. Brzmi to paradoksalnie, ale tak właśnie się dzieje. Jeśli przekonuje, że system emerytalny jest zły, nie działa we własnym interesie. Dlatego najlepiej byłoby – zamiast ścigać za unikanie składek i podatków – zalegalizować to, co dzieje się w rzeczywistości. Powiedzieć uczciwie: państwo bierze od ciebie minimum, ale nie spodziewaj się, że dużo dostaniesz. Musisz sam się o siebie zatroszczyć. Jestem przekonany, że wszyscy by na tym skorzystali.