Do grupowej walki o własne racje przekonuje również Związek Powiatów Polskich. Ten przygotował już pozew dotyczący zwrotu opłat za karty pojazdów sprowadzanych z zagranicy.

Ale na tym nie koniec. Nerwowo przebierają nogami kolejni pokrzywdzeni. Od ZUS-u swoje chcą wyszarpać też chałupnicy. Za to, że przez lata zmuszał ich do płacenia wysokich składek ubezpieczeniowych z tytułu prowadzonej działalności gospodarczej, a nie niskich od pracy nakładczej. Swoich zwołuje też prof. Krzysztof Rybiński, były wiceprezes NBP. Chce, by w odwecie za rządowe gry wokół OFE Polacy złożyli pozew przeciw rządowi o utracone korzyści wynikające ze zmiany w systemie emerytalnym. Chodzi o część naszej składki emerytalnej, która od maja nie trafia do OFE, ale do ZUS.

Kto jeszcze może mieć chrapkę na odszkodowanie od państwa? Chociażby funkcjonariusze SB, bo obniżono im emerytury w marcu 2009 r. Tysiące lekarzy, bo niewłaściwe wdrożono do polskiego prawa unijną dyrektywę o czasie pracy, albo dlatego że ponoć niemal dzień i noc bez odpoczynku pracują. Tę przydługą listę zamknijmy kasjerkami supermarketów za pracę w dni wolne oraz ponad ich siły. Wystarczy.

Możliwość dochodzenia swoich racji jest prawem każdego z nas. A pozew grupowy ma jeszcze jedną zaletę. Żeby go wnieść, wystarczy zebrać 10 poszkodowanych. Każdy z nich musi zapłacić kilkaset złotych, zebrać dokumenty potwierdzające poniesioną szkodę i sprawą może zajmować się sąd.

Jeżeli groźba złożenia grupowego pozwu spowoduje u urzędników i polityków tworzących prawo chociażby chwilę refleksji, to dobrze. Skorzystają na tym ich petenci i potencjalni wyborcy. Gorzej, jeżeli jej zabraknie i będą pojawiać się kolejne grupy pokrzywdzonych. Wtedy rząd w swoim budżecie powinien stworzyć jeszcze jedną kategorię – odszkodowania dla niezadowolonych obywateli.