W niektórych ministerstwach to jest nawet 100 i więcej. W prywatnych firmach mamy zgłoszenia po 500, 600 osób na stanowisko sekretarki. Niewiele lepiej wygląda to w przypadku prac wysoko wykwalifikowanych.

Dane mogą zaskakiwać w kontekście ostatnich publikacji na pierwszej stronie w „Gazecie Wyborczej” i materiałów w „Faktach” czy „Wiadomościach”, które doszły do wniosku, że bezrobocie w Polsce jest w połowie symulowane. To prawda, że spora grupa osób zarejestrowanych jako bezrobotni na pytanie, czy w ostatnim miesiącu pracowali za pieniądze, odpowiada „tak” (badania BAEL). I wtedy lądują w kategorii pracujący, a nie bezrobotni. Badanie nie rozróżnia jednak osób, które pracują na czarno w pełnym wymiarze godzin, od tych, które dorywczo pracowały dzień lub dwa w tygodniu. Badanie nie pokazuje młodych osób, które po studiach wyjeżdżają za granicę, gotowe podejmować proste fizyczne prace. Ani takich, które za nic nie pójdą do urzędu pracy. Pracują byle gdzie, za byle co, poniżej kwalifikacji. Byle zarabiać. Rynek pracy z perspektywy szukających czy kadrowych w firmach, które odrzucają dzień w dzień dziesiątki podań zdesperowanych młodych ludzi, nie jest tak biało-czarny. Nie dzieli się na oszustów i pracowników. Nie wiem, czy to zwykła bezmyślność młodych redaktorów, czy już przedwyborcza próba relatywizowania problemów rządu, ale blisko 2 mln ludzi w stanie zawieszenia zawodowego to sukces na pewno nie jest.