Nie chcę burzyć podniosłej atmosfery przygotowań do licznych bankietów, koktajlowych konferencji i fotookazji, ale muszę się dołączyć do grona kraczących ekonomistów.

Według różnych szacunków bezrobocie w Polsce sięgnie na koniec roku od 11 do 12.5 proc. W tym samym czasie bezrobocie w Niemczech spadło do 6,1 proc. I leci w dół. W tym tempie, w przyszłym roku w Polsce możemy mieć większą bezwzględną liczbę bezrobotnych niż Niemcy. Nie muszę dodawać, że mamy o połowę mniej ludzi i gorsze świadczenia dla bezrobotnych.

Najbardziej jednak zaskakuje zestawienie bezrobocia osób poniżej 25. roku życia. W Polsce wynosi ono 25 proc., w Niemczech 8 proc. Wypuszczamy na rynek kolejne pokolenia narażone na strukturalne bezrobocie. Osób, których jedynym doświadczeniem zawodowym są kolejki do urzędu pracy. Wiem, że minister od wykluczania wykluczonych ma sporo roboty ze zrównywaniem homo z hetero, ale gdyby Arłukowicz znalazł chwilę przerwy, to może warto i tej grupie się przyjrzeć. Chętnie podeślę amerykańskie badania pokazujące, że osoby, które przed 25. rokiem życia spędziły więcej niż rok na bezrobociu, praktycznie z niego nie wychodzą. Nawet jeżeli podejmują pracę, to są zwykle pierwszymi w kolejce do jej utraty. I ciągnie się to za nimi całe życie.

Nie chcę się powtarzać z apelami o dalszą redukcję kosztów pracy, zmiany w prawie związkowym, znoszenie barier biurokratycznych dla firm, ale warto zwrócić uwagę na cztery wskaźniki. Obecny wzrost gospodarczy – 4,4 proc. – będzie spadał, kończą się pieniądze z UE, inflacja galopuje, lepszej koniunktury na nasze towary niż obecna niemiecka pompa ssąco-importowa nie będzie.

To jeszcze nie jest dno, panowie. I wybaczcie, jeżeli trudno nam poważnie traktować dylemat przywódców największych partii politycznych, wykłócających się publicznie, czy dla naszej prezydencji ważniejszy jest kryzys w Afryce Północnej, czy obrona chrześcijan w świecie.