Na szczycie drabiny zarobków, ciągnąc mocno średnią do góry, są zarządy firm, przedstawiciele władz publicznych, wyżsi urzędnicy i kierownicy. To bardzo pojemny worek i bardzo zróżnicowany. Mieszczą się w nim kilkumilionowe zarobki prezesów wielkich banków i wielokrotnie niższe szefów niewielkich firm. Ważne jest to, że GUS analizuje wszystkie zarobki, więc średnia, jaką wylicza, jest reprezentatywna – przekracza płace przeciętne o 23,4 proc. Wynika z niej, że aż 54 proc. osób zaliczanych do tej kategorii osiąga zarobki wyższe niż dwukrotność średniej krajowej. Oraz że spora jest rozpiętość między wynagrodzeniami w sektorze prywatnym (kadrze menedżerskiej płaci o wiele lepiej) niż w publicznym.

Pułap średniej płacy przekraczają też specjaliści. To najliczniejsza, bo prawie dwumilionowa, i najbardziej poszukiwana przez pracodawców kategoria. Jej średnie zarobki są o ponad 23 proc. wyższe od przeciętnych, ale statystyka niewiele mówi. Na jej szczycie bowiem z najwyższymi zarobkami sytuują się prawnicy. Prawie 43 proc. przedstawicieli tej profesji inkasuje więcej niż dwukrotność średniej krajowej. Dokładne dane, jakie podaje GUS, są dość nieświeże, ale od 2009 r. niewiele się zmieniło. Już wtedy średnia płaca ogółu prawników wynosiła ponad 6325 zł, a ponad 42 proc. przedstawicieli tego zawodu zarabiało więcej niż dwukrotność średniej krajowej. Informatycy mogli liczyć średnio na 5492 zł, co trzeci zarabiał więcej niż dwukrotność średniej krajowej. Szybko rosły też zarobki lekarzy – osiągnęły średnio 5115 zł miesięcznie, goniły je wynagrodzenia nauczycieli akademickich – 4890 zł.

Powody do frustracji mają pielęgniarki i położne, których zarobki rosną o wiele wolniej niż lekarzy. Średnia wynosiła ponad 2900 zł. Blisko średniej krajowej, przekraczając nieco jej pułap, sytuują się też zarobki techników. Cała reszta może tylko pomarzyć o przeciętnych zarobkach. Na samym dole drabiny znajdują się sprzątaczki, robotnicy prac prostych, kasjerki w hipermarketach, ochroniarze oraz... modelki i modele. Wysokość ich zarobków wyznacza raczej poziom płacy minimalnej niż średniej.

Szybko rosnące ceny spowodują pewne przetasowania w tej drabinie zarobków. Już dziś, obserwując to, co się dzieje na rynku pracy, nietrudno je przewidzieć. Na podwyżki najszybciej mogą liczyć ci, którzy są firmom najbardziej potrzebni, a więc już teraz ich wynagrodzenie należy do najwyższych. Najtrudniej będzie o nie osobom nisko kwalifikowanym, które łatwo zastąpić. Bezrobocie przecież nie spada, ofert pracy jest o wiele mniej niż poszukujących.

Trudno dziwić się pracodawcom, że zachowują się racjonalnie. Rząd chce ich zmusić do podnoszenia płac osobom niewykwalifikowanym, podnosząc od przyszłego roku płacę minimalną do 1500 zł, czyli o ponad 5 proc. Jednocześnie jednak najbardziej nieracjonalnie zachowują się pracodawcy państwowi. W firmach kontrolowanych przez państwo najszybciej podwyżki dostają nie ci, którzy są najbardziej efektywni i potrzebni, i nie ci, którzy zarabiają najmniej, ale ci, którzy są najgłośniejsi, najbardziej „uzwiązkowieni”. I to gorzej opłacanych pracowników sektora prywatnego frustruje nie mniej niż szybko rosnące ceny żywności i paliw. A rząd strzela sobie w stopę, bo niechęć sporej części społeczeństwa do prywatyzacji staje się racjonalna.