Tylko teoretycznie. Prawdziwą władzę w górnictwie mają bowiem związki zawodowe. Związkowców w naszej gospodarce jest wprawdzie coraz mniej – z badań CBOS wynika, że do przynależności związkowej przyznaje się zaledwie 6 proc. pracujących, ale za to organizacji związkowych jest coraz więcej. W samej Kompanii Węglowej – ponad 170, w innych holdingach podobnie. Żeby założyć związek zawodowy, wystarczy skrzyknąć 10 kolegów. Prawie wszyscy dzięki temu uzyskają gwarancję zatrudnienia – prawo chroni przed zwolnieniem zarząd i członków komisji rewizyjnej. To złe prawo, ale żaden rząd nie odważył się na nie zamachnąć, obecny również. Dzięki niemu na opłaconych przez firmę związkowych etatach znajdują się tysiące działaczy. Ich przywódcy muszą się stawać coraz bardziej radykalni, aby nie stracić popularności wśród załogi.

To związkowcy wywalczyli deputaty, trzynastkę, czternastkę, barbórkę i piórnikowe, a także generalną zasadę, że zyski wypracowane w kopalniach się prywatyzuje, czyli dzieli między załogę, ale straty – nacjonalizuje, a więc pokrywać ma je państwo, czyli podatnicy. Naszym zmartwieniem są też inwestycje, przeznaczone na nie 400 mln zł pochodzi z budżetu państwa. Rząd, mimo ogromnej dziury budżetowej, potulnie wyda te pieniądze. Na żadne zmiany się nie zanosi, mogłaby je przynieść tylko prywatyzacja.

Prywatyzacji nie będzie, to już obiecał minister Aleksander Grad, nie czekając na strajki. To nie znaczy jednak, że związki zrezygnują z pakietów socjalnych. Nie takie rzeczy udawało się z politykami załatwić w gorącym, przedwyborczym okresie. Pakiety przed laty wywalczyli sobie koledzy związkowcy z energetyki. Gwarantują dziesięcioletnie, a niekiedy nawet dziedziczne zatrudnienie. Dzięki nim obecnie w polskich elektrowniach rezydują na etatach tabuny niepotrzebnych pracowników, których nie można zwolnić. Ale młodych, potrzebnych fachowców przyjmuje się na umowy-zlecenia, żeby obniżyć koszty. Wszystkie te etaty i deputaty mamy dopisane do naszych rachunków za energię.

Hasła, że związkowcom nie podoba się obecna polityka rządu, są zwyczajnie nieprawdziwe. Nie tylko im się podoba, ale boją się, że rząd mógłby ją zmienić. Reformy, jakich od miesięcy zgodnym chórem domagają się ekonomiści pod egidą Leszka Balcerowicza, musiałyby być wymierzone w te właśnie zdobycze związkowe – specemerytury, do których państwo dopłaca rocznie ponad 4 mld zł, w giełdowe, niby-sprywatyzowane molochy (jak KGHM), nad którymi ciągle kontrolę ma państwo, czyli związki itp. Strajkowy pistolet jest po to, by rząd, bardziej niż ekonomistów, przestraszył się związkowców. To próba sił, kto mocniejszy.

Gdyby opozycja, która również głosi, że domaga się reform, rzeczywiście ich chciała – zapowiedzi strajków nie byłyby groźne. Ale PiS i SLD zapewne je poprą, tak naprawdę walczą bowiem o władzę, a nie lepsze państwo.