Młodzi, wykształceni, bezrobotni. Ta zbitka słów wzbudza ostatnio ogromne emocje. No bo jak to możliwe, żeby absolwent wyższej uczelni był klientem pośredniaka – pytają politycy, publicyści, a nawet eksperci. Winią za to rząd, uczelnie, które nie przygotowują studentów do wyzwań na rynku pracy, albo samych młodych ludzi, którzy zamiast studiów inżynieryjnych w dobie kryzysu demograficznego wybierają pedagogikę. Nie są to diagnozy pozbawione racji, trzeba jednak pamiętać, że stałą cechą rynku pracy jest zdecydowanie wyższy wskaźnik bezrobocia młodych na tle ogółu bezrobotnych. A bezrobocie wśród młodych i wykształconych wynika ze statystyki.

Wskaźnik bezrobocia pokazuje, ile osób pozostaje bez pracy w danej zbiorowości. Jeśli niewiele spośród nich ma wyższe wykształcenie, to nawet gdy co druga jest bez pracy, nie ma to specjalnego znaczenia w ogólnym wskaźniku bezrobocia. Co innego, gdy osób po studiach jest zdecydowanie więcej. Rośnie ich zbiorowość, a więc i liczba w urzędach pracy. A ludzi z wyższym wykształceniem w Polsce przybywa. Na początku lat 90. studiowało niecałe 500 tys. osób, dziesięć lat później ponad 1,5 mln, a w ciągu ostatnich pięciu lat prawie 2 mln rocznie. Wyższe wykształcenie na początku lat 90. miało zaledwie 1,8 mln osób, obecnie – ponad 6 mln. Nic więc dziwnego, że wykształconych przybywa także wśród bezrobotnych.

Bezrobocie wśród absolwentów uczelni nie jest jednak zjawiskiem tak dynamicznym, jak niektórzy je przedstawiają. W IV kw. 2005 roku było 152 tys. takich osób, w III kw. 2010 roku jest 190 tys. Jak widać, liczby rosną. Nie jest to powód do alarmistycznych tez, a raczej wynik wzrostu liczby ludzi wykształconych.

Także wskaźniki bezrobocia wśród osób w wieku 24 – 64 lata po studiach nie odbiegają od średniej w UE. W Polsce wynosi on 3,6 proc., w krajach Unii przeciętnie 4,5 proc., a na przykład w Hiszpanii 9,9 proc.

Nie jest też u nas najgorzej z bezrobociem ogółu młodych osób. Średni wskaźnik w UE dla osób do 25. roku życia wynosi 19,7 proc. W Polsce 20,6 proc. Poza tym to naturalne, że jest on wyższy zwykle dwa lub więcej razy niż dla pozostałej populacji. Młode osoby nie mają doświadczenia, pracy dopiero szukają, często ją zmieniają i są w pierwszej kolejności zwalniane w razie kłopotów firmy. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego.

Na wskaźnik bezrobocia młodych wykształconych w Polsce wpływają też specyficzne oczekiwania absolwentów szkół wyższych. Nie chcą oni podejmować pracy poniżej kwalifikacji, szukają zatrudnienia zgodnego z kierunkiem edukacji, a jeśli go nie znajdują, tkwią w rejestrze bezrobocia. W USA absolwenci studiów biorą jakąkolwiek pracę i roznosząc w restauracjach talerze, szukają równolegle lepszego zajęcia.

Oczywiście mamy problem z niedostosowaniem programów uczelni do potrzeb rynku pracy, zbyt duża liczba osób uczy się na kierunkach, po których ciężko o zatrudnienie – ostatnio jest tak z dziennikarstwem, od dawna z pedagogiką. Nie wolno jednak zjawiska młodych wykształconych bezrobotnych demonizować. Będzie ich raczej coraz więcej. To bardziej matematyka niż polityka.