To była inflacja słów, argumentów i powagi rządu, a na koniec karykatura procesu stanowienia prawa. Z tym wszystkim mieliśmy do czynienia przy okazji wprowadzania zmian w systemie emerytalnym.

Batalia o OFE dobiegła końca. Jeszcze tylko podpis prezydenta i rząd może zacierać ręce, bo zyskuje w tym i przyszłym roku prawie 30 mld zł. Jednak pozostawia po swoim działaniu ogromny niesmak. Bo to, co działo się w ciągu ostatniego roku wokół funduszy emerytalnych, na pewno nie buduje powagi państwa.

To był potok słów rzucanych na wiatr i sprzecznych deklaracji. Dokładnie rok temu rząd odsądził od czci i wiary Jolantę Fedak, która wyszła z propozycją obniżenia składki do OFE. Zarzucał jej krótkowzroczność i antyreformatorskie zapędy. Premier Donald Tusk powtórzył to jeszcze w sierpniu. Już w grudniu zmienił zdanie. Natomiast jego minister Michał Boni, który wcześniej wyszydził propozycje Fedak, w Sejmie osobiście je poparł, przedstawiając rządowe propozycje cięcia funduszy.

Druzgocące jest też tempo przyjmowanych zmian. Ustawa została przedstawiona przez rząd w styczniu, a do Sejmu wpłynęła w marcu. Szesnastego odbyło się jej pierwsze czytanie, a dziś (wciąż mamy marzec) czeka już na podpis prezydenta. Czy powinno się pracować w takim tempie nad fundamentalną ustawą dotyczącą systemu emerytalnego? Nie. Powodem pośpiechu są wyłącznie pieniądze. Nie troska o przyszłe emerytury, system czy inne wartości. Cięcie OFE daje rządowi krótkotrwały oddech przy wyliczaniu parametrów zadłużenia. Ciekawe, dlaczego tak szybko nie likwiduje barier dla przedsiębiorców, nie usprawnia działania sądownictwa czy administracji? Te sprawy ciągną się latami.

Na temat słuszności zmian w OFE padła już cała bateria argumentów. Tyle że często były one prezentowane w sposób bałamutny. Eksperci zarzucali rządowi, że w ocenie skutków regulacji prezentował wysokość przyszłych emerytur na podstawie dobranych pod tezę założeń makroekonomicznych. Co ciekawe, zastrzeżenia te zgłosił m.in. Instytut Badań Strukturalnych, którym kieruje Maciej Bukowski, jeden z doradców strategicznych premiera. ISB pisze, że „scenariusz makroekonomiczny przyjęty przez Ministerstwo Finansów zawiera trudne do obrony założenia, które poprawiają efekty proponowanego przez rząd obniżenia składki do OFE (...)” Co więcej, ISB wylicza, wbrew składanym wielokrotnie przez rząd deklaracjom, że cięcia OFE obniżą przyszłe emerytury. Proponuje, aby składka wynosiła 5 proc. pensji, bo wówczas stopa zastąpienia wzrośnie o 2 – 4 pkt proc. Można przypuszczać, że to właśnie dlatego minister Michał Boni do ostatniej chwili w Sejmie walczył o taką wysokość składki. W piątek, gdy posłowie głosowali nad ustawą, a wiadomo było, że obniżą transfer do OFE do 2,3 proc., Boni opuścił zdenerwowany budynek Sejmu.

To wszystko burzy autorytet władzy. Pogoń sprzecznych deklaracji, stanowienia prawa na siłę, wątpliwych wyliczeń. A to właśnie zaufania do państwa brakuje w Polsce najbardziej. Rząd, zamiast je budować, sam państwo psuje.