Żeby więc za pieniądze podatników nie gromadzić niepotrzebnych zapasów zboża, masła czy mięsa, Bruksela postanowiła uniezależnić dochody farmerów od ilości produkowanej przez nich żywności. W zamian za podatki (koszty polityki rolnej pochłaniają ponad 40 proc. unijnego budżetu) unijni konsumenci mieli mieć żywność własną i zdrowszą niż w innych częściach świata. Farmerzy, których dochody są uniezależnione od wielkości produkcji, chętniej mieli stosować humanitarne metody hodowli i mniej chętnie używać chemii do upraw. Taka polityka sprawdzała się, dopóki Unia chroniła swój rynek wysokimi cłami, a światowe ceny żywności rosły wolno. Wiele jednak wskazuje na to, że ten stan rzeczy należy już do przeszłości.

Dziś światowy popyt na żywność rośnie szybciej niż możliwości jego zaspokojenia. Jednak ceny pszenicy, cukru czy mleka w proszku pną się do góry nie tylko z powodu ogromnego apetytu Chińczyków i Hindusów, lecz także dlatego że stały się one przedmiotem spekulacji. Podobnie jak ceny ropy czy złota. Jeśli ta tendencja się utrzyma, przed unijnymi eksporterami żywności otworzą się światowe rynki zbytu, mimo że Bruksela pod naciskiem Światowej Organizacji Handlu musi coraz bardziej ograniczać dopłaty do eksportu. Unijni farmerzy będą się bogacić, podczas gdy unijni konsumenci staną przed koniecznością zaciskania pasa. Nie są w stanie coraz więcej wydawać na jedzenie i jednocześnie finansować wspólnej polityki rolnej, czyniącej coraz bogatszych farmerów jeszcze bogatszymi.

Znacznie gorzej jest w Polsce. Większość naszych rolników jest biedna i taka pozostanie. Polscy rolnicy w swoich kilkuhektarowych gospodarstwach nie produkują niczego na rynek, najwyżej na potrzeby własnej rodziny. Chleb, mleko, jajka kupują w sklepie, więc wysokie ceny biją ich po kieszeni tak samo jak konsumentów w mieście. Ale ziemi sprzedać nie chcą i nie muszą. Nikt też tego od nich nie wymaga. Przy tak anachronicznej strukturze rolnictwa, gdzie dwie trzecie z prawie dwóch milionów gospodarstw niczego nie sprzedaje na rynek, wspólna polityka rolna jest w lwiej części polityką socjalną, wspierającą dochody małych gospodarstw i zniechęcającą ich właścicieli do poszukiwania innych źródeł utrzymania.

A więc pieniądze, dzięki którym unijni farmerzy stają się coraz bogatsi, naszym pozwalają przeżyć. Nie ma przy tym żadnych zachęt do sprzedaży ziemi tym, którzy mieliby szansę stać się rolnikami towarowymi. Ani do tego, by za unijne pieniądze tworzyć miejsca pracy poza rolnictwem. Dziesiątki miliardów złotych, które każdego roku płyną na polską wieś, nie dają więc nadziei na to, że kiedyś nasze rolnictwo stanie się bardziej nowoczesne, a rolnicy zaczną w końcu, wzorem innych przedsiębiorców, płacić podatki i ponosić ciężar utrzymania wspólnego państwa. Nie dają też nadziei na to, że polska wieś stanie się zdolna do produkcji żywności na wielką skalę. Z punktu widzenia podatników, z których kieszeni tę politykę się współfinansuje – są to więc pieniądze wyrzucone w błoto.

W toczącej się już na dobre kampanii wyborczej opozycja próbuje winą za rosnące ceny żywności obarczyć polski rząd. Niesłusznie, to jest zjawisko globalne. Co nie oznacza, że rząd nie ma w tej sprawie nic do zrobienia. Ma i powinien tak zmienić wspólną politykę rolną w polskim wydaniu, by naszym rolnikom w końcu chciało się zarabiać. Na razie nie mają motywacji. W ramach CAP dostają przecież pieniądze bez żadnych warunków. Po prostu im się należy.