Minister edukacji Katarzyna Hall chce, aby budżet płacił samorządom za to, że przyjmą do przedszkoli czterolatki. To przełom, bo do tej pory rząd zostawiał przedszkola w gestii gmin, które z trudem radziły sobie z ich utrzymaniem. Brzmi nieźle, problem w tym, że deklaracja powinna być poparta wyliczeniami, skąd budżet weźmie na to pieniądze.

W Polsce zapisanie dziecka do przedszkola przypomina grę w ruletkę. Nie wiadomo, czy wystarczy miejsc i według jakich kryteriów odbywa się rekrutacja. Do tego dochodzą absurdalne zasady działania większości tych placówek. Niektóre są zamykane o godz. 17, nie pracują w wakacje, między świętami.

To zgubna polityka. Zarówno badania, jak i doświadczenie innych krajów dowodzą, że możliwość bezproblemowego zapisania dziecka do przedszkola opłaca się wszystkim. Korzysta na tym gospodarka, bo pracuje więcej matek, a także babć, które nie uciekają na wcześniejsze emerytury, by zająć się wnukami. Przedszkolaki są lepiej przygotowane do szkoły, mają większe szanse zdobyć dobre wykształcenie i zawód. Dostępność przedszkoli sprzyja też rodzicom w podjęciu decyzji o potomstwie. Nawet liberalni ekonomiści i demografowie mówią: edukacja przedszkolna to inwestycja społeczna.

Na razie nie przekonuje to rządów. Polska jest jedynym krajem w OECD, który nie finansuje opieki przedszkolnej z budżetu. Od 20 lat pozostaje to w gestii gmin. I wychodzi marnie. Jeszcze cztery lata temu do przedszkoli chodziło 40 proc. dzieci.

Minister Hall chce to zmienić. MEN szacuje, że w latach 2014 – 2015 plany resortu będą kosztować budżet 3,4 mld zł. Nie wskazuje jednak, skąd wziąć te pieniądze. A jeśli tak, oznacza to jedno – z wyższych podatków. Na to godzić się nie wolno, bo z jednej strony państwo ułatwi rodzicom życie, ale z drugiej obniży ich dochód.

Rząd powinien przedstawić realny plan. Sporo pieniędzy wydajemy bez większego sensu – becikowe, emerytury dla 40-letnich policjantów, górników, zasiłki pielęgnacyjne bez badania dochodu świadczeniobiorców czy świadczenia pielęgnacyjne. Wypłacamy też niezliczoną liczbę dodatków do emerytur i rent. Te świadczenia trzeba przejrzeć.

Koszty funkcjonowania przedszkoli będą niższe, jeżeli zniknie obowiązek zatrudniania pracującej tam kadry na podstawie Karty nauczyciela. Nauczyciele są chronieni przed zwolnieniem, mają prawo do dodatków, nagród i innych świadczeń wynikających z karty. Przedszkole musi im też płacić według ustalonych w karcie zasad. W efekcie gminy, zwłaszcza na terenach wiejskich, często przepłacają za usługi, jakie oferuje im nauczyciel. Gdyby został on zatrudniony w zwykły sposób, byłby tańszy.

Zamiast zaproponować pakiet zmian MEN wychodzi jedynie z dobrą dla wyborców informacją. Z drugiej strony od ponad 2 lat pracuje nad tzw. kartą II. To najlepiej świadczy o determinacji do reformy systemu. A bez tego obietnice o dostępności przedszkoli pozostaną na papierze.