Zaciętą walką o 7-proc. podwyżki, w czasach kiedy wszyscy tną pensje, wymuszaniem nowych miejsc pracy, kiedy mniej dzieci trafia do szkół, dodatkami uzupełniającymi do pensji od klepiących biedę samorządów, awansami niepopartymi kwalifikacjami – doprowadziły do klasycznej friedmanowskiej kontrreakcji. Samorządy przyciśnięte do ściany zaczęły proces likwidacji szkół na skalę dotąd niespotykaną. 335 szkół skierowanych do likwidacji w zeszłym tygodniu to dopiero początek tego, co stanie się do końca roku. Gminy w pośpiechu przekazują szkoły stowarzyszeniom, fundacjom, wszystko byle nie musieć więcej zatrudniać zgodnie z Kartą nauczyciela. Zamiast bizantyjskich przywilejów i gwarancji wkrótce będziemy mieli mniej nauczycieli i do tego pozbawionych jakichkolwiek praw. W najlepszym razie dostaną niższe pensje. W gorszym – zatrudnią się jako firmy, opłacani będą od zlecenia do zlecenia – z lekcji na lekcję. Chętnych nie brakuje.

Z rynkowego punktu widzenia to oczywiście oczyszczające zjawisko. Konkurencja odsunie słabszych, zmusi nauczycieli do pracy w pełnym wymiarze zamiast 18 godzin tygodniowo. Wynagrodzenie można będzie wreszcie uzależnić od wyników szkoły, a nie od szantażu polityków w Warszawie.

I pomyśleć, gdyby związkowcy choć raz pomyśleli interesem społecznym. Wsłuchali się w głos rodziców, roszczenia uzależniali od możliwości lokalnych społeczności, to na reformę przyszłoby nam jeszcze długo czekać. Ten nieśmiertelny Friedman, znowu miał rację, mówiąc, że problem związków w końcu i tak sam się rozwiąże. Szkoda tylko, że do eksperymentu potrzebowaliśmy żywych dzieci.