Pracodawcy wpłacają do Funduszu Pracy spore sumy – w tym roku będzie to 9,5 mld zł. W zamian fundusz ma aktywizować bezrobotnych i zapewnić minimalną ochronę socjalną tym, którzy tracą zatrudnienie. Rozwiązania te są korzystne także dla pracodawców, bo do zadań funduszu należy również działalność, która ma ułatwić im znajdywanie pracowników.

Niestety pracodawcy, choć płacą, nie mają wpływu na to, jak wydawane będą zgromadzone środki. Decyzje podejmują politycy. Często dziwaczne i nieuzasadnione, bo gdy politycy widzą pieniądze, którymi mogą dysponować, szybko znajdują powody, aby je wydać.

Tak było chociażby w 2007 roku, kiedy pojawił się rządowy pomysł, aby połowa pieniędzy wpływających do FP trafiła do NFZ. To był absurd. Co ma wspólnego NFZ z aktywizacją bezrobotnych? Rząd, szukając jakiegokolwiek uzasadnienia tej decyzji, argumentował więc, że zdrowszy obywatel to lepszy pracownik.

Tamten plan nie doszedł w końcu do skutku, ale część pieniędzy udało się zagospodarować w 2009 roku. Od tego czasu mimo sprzeciwów zgłaszanych przez organizacje pracodawców, a nawet zastrzeżeń Biura Analiz Sejmowych pieniądze z FP finansują staże dla lekarzy, pielęgniarek i położnych oraz zasiłki i świadczenia przedemerytalne. Fundusz wydaje na to prawie 3 mld zł rocznie. Niespecjalnie to logiczne. Kształcenie lekarzy to zadanie Ministerstwa Zdrowia, a zasiłki i świadczenia przedemerytalne raczej skłaniają do niepodejmowania pracy niż jej aktywnego szukania.

Nie powinno być tak, że pieniądze zbierane przez fundusz na poprawę sytuacji na rynku pracy rząd wydaje w sposób dowolny. To sprzeczne z konstytucyjną zasadą zaufania obywateli do państwa i prawa. Przeciw takim praktykom protestują oczywiście pracodawcy, argumentując, że finansowany przez nich fundusz ma służyć temu, aby na rynku było więcej dobrze wykwalifikowanych osób. Politycy i tak jednak robią, co chcą. W tym roku na tzw. aktywne formy przeciwdziałania bezrobociu pójdzie z funduszu niewiele ponad 3 mld zł. W ubiegłym roku była to kwota 7 mld zł. To nie brak pieniędzy ogranicza jednak wydatki. Na koniec tego roku w funduszu będzie ponad 4 mld zł nadwyżki. A kolejne 2 mld zł będzie w innym funduszu celowym finansowanym przez pracodawców – Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.

I to właśnie o te nadwyżki trzeba się obawiać. We wrześniu, przy konstruowaniu budżetu na 2012 rok politycy je zauważą. I znów pojawi się 100 pomysłów jak je dobrze wydać. Może się okazać, że w przyszłym roku sfinansujemy z nich dodatkowe etaty w administracji albo podwyżki dla nauczycieli.

Najlepiej więc, aby te pieniądze zostały w firmach. Pracodawcy nie powinni się domagać prawa do konsultowania decyzji o wydawaniu pieniędzy z FP czy FGŚP, ale po prostu tego, by obniżyć składki, jakie tam wpłacają. Firmy lepiej wydadzą swoje pieniądze niż politycy.