Sprytny student zapisał się na kilkanaście kierunków tylko po to, aby pobierać stypendium na każdym z nich. Dzięki temu mógł wzbogacać się o 5 tys. zł miesięcznie. Co więcej za jego naukę płaci budżet. Student nie zwróci ani stypendium, ani kosztów swojej edukacji, nawet gdy studiów nie skończy.

To m.in. ten proceder chce ukrócić Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Od października ograniczy dostęp do bezpłatnych studiów. Do drugiego bezpłatnego kierunku na dziennych studiach prawo mają mieć tylko najlepsi. Ci, którzy osiągnęli ponadprzeciętne wyniki. Zdaniem resortu nauki dzięki temu, jak za dotknięciem magicznej różdżki, ma się odblokować 40 tys. miejsc na bezpłatnych studiach.

Można mieć jednak wątpliwości, czy tak się stanie. Po pierwsze dlatego, że jeszcze w tym roku studenci będą mogli zapisać się na nieograniczoną liczbę bezpłatnych kierunków, za które nikt im rachunku nie wystawi. Zapiszą się na nie na zapas, póki mają taką możliwość. W efekcie ta jedna osoba zablokuje miejsca na kilku bezpłatnych kierunkach. Stracą tegoroczni maturzyści, którzy będą mieli większą konkurencję przy ubieganiu się o miejsca na bezpłatnych studiach.

Po drugie, nawet gdy przepisy zaczną obowiązywać, każdy będzie mógł podjąć drugie bezpłatne studia. Zapłaci dopiero po roku nauki, gdy nie osiągnie odpowiedniej średniej. Biedny student pewnie nie zaryzykuje. Bo w razie gorszych wyników zapłaci za pierwszy rok nauki kilka czy nawet kilkanaście tysięcy zł czesnego. Ale zamożniejszym studentom ryzykować będzie łatwiej. A nuż im się uda i nic nie zapłacą.

W konsekwencji miejsc na bezpłatnych państwowych studiach nie będzie wcale więcej. Zajmą je ci, których będzie na nie stać i ci, którzy na zapas zapiszą się na kolejne kierunki w tym roku. To dobrze, że resort nie chce więcej finansować studiów eksperymentatorów czy cwaniaków. Powinien jednak przewidzieć tegoroczną nadkonsumpcję drugiego kierunku oraz wprost powiedzieć, że koszt studiowania w większym stopniu powinni ponosić studenci.