Prof. Matyjaszewskiemu bezrobocie nie grozi, bo pracuje w USA. Ale nawet gdyby został w kraju, na brak zajęć by nie narzekał. Wykładałby na dwóch uczelniach, pracował w PAN, a wolnych chwilach – by nie wyjść z wprawy – zajmował się polimerami (to właśnie za pracę nad nimi ma szansę na Nobla).

W Polsce nikt polimerów nie potrzebuje. To znaczy potrzebuje, ale niekoniecznie trzeba je tu wymyślać. My wolimy montować to, co wymyślą inni. Sukcesami kolejnych rządów było sprowadzanie do Polski fabryk z bardziej rozwiniętych krajów. Naszym atutem stała się wykwalifikowana i tania siła robocza. Nie chodziło jednak nigdy o konstruktorów, ale o wykonawców. Nawet jeżeli zagraniczne firmy projektowe otwierały w Polsce swoje biura, nasi inżynierowie traktowani byli jak tania siła robocza. Za Niemców czy Francuzów odwalali najcięższą obliczeniową robotę, ale pod projektami podpisani byli inżynierowie o obco brzmiących nazwiskach.

Przez 20 lat funkcjonowania w Polsce wolnego rynku nie znaleźliśmy się w czołówce żadnej nowoczesnej gałęzi przemysłu. Niemcy czy Francuzi z nauki zrobili przemysł. Inwestują w nowoczesne rozwiązania, a potem ich stosowanie wprowadzają jako prawo. Tak było np. z wyśrubowanymi normami emisji CO2. Niemiecka kanclerz zaczęła forsować ich wprowadzenie, gdy niemieckie ośrodki badawcze miały gotowe technologie ograniczenia emisji tego gazu. W Polsce to mrzonka, ale przynajmniej nasi bezrobotni są coraz lepiej wykształceni.