Kobieta założyła firmę za dotację przyznaną z Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki (PO KL). Gdyby jej wniosek musiał czekać na rozpatrzenie kilka miesięcy albo ktoś uznałby, że bezrobotna kobieta nie poradzi sobie z prowadzeniem własnej firmy, pewnie nadal pozostawałaby na garnuszku urzędu pracy, a inne mamy bezskutecznie szukałyby kaloszy dla swoich pociech.

Zastanawiam się, ile takich świetnych pomysłów na biznes, nigdy nie zostanie zrealizowanych tylko dlatego, że ich autorzy powierzyli je Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (ARiMR). Ta instytucja ma ponad 4 mld zł, które powinna oddać w ręce przedsiębiorczych Polaków. Zachowuje się jednak tak, jakby te pieniądze zamiast do wydania zostały jej powierzone na przechowanie.

Dlaczego? Jak tłumaczy jej rzecznik, nie można niefrasobliwie przyznawać unijnej pomocy. Niefrasobliwie, czyli wbrew procedurom. Potencjalny przedsiębiorca – w myśl logiki urzędnika agencji – może być przecież zwykłym wyłudzaczem, który za środki z Brukseli chce sobie sprawić nowy samochód albo wyremontować dom. Jestem przekonana, że absolutna większość z wnioskodawców to przedsiębiorczy ludzie, a nie oszuści. Nawet jeśli nie wszyscy są uczciwi, to wyłuskanie tych, których interesują tylko pieniądze, a nie tworzenie firm na wsi, nie powinno trwać miesiącami.

A już na pewno z tego powodu nie powinno się rzucać kłód pod nogi uczciwym inwestorom, którzy tak samo jak ci potencjalnie nieuczciwi na wydanie decyzji i podpisanie umowy czekają od zeszłego lata. Żadnych pocieszeniem dla nich jest to, że ich wnioski przeszły już podobno wstępną weryfikację. Obawiam się, że jeśli rozpatrywanie ich potrwa dłużej, większość z tych inwestycji nigdy nie zostanie zrealizowana.

Te same unijne pieniądze na przedsiębiorczość płyną do Polski dwoma strumieniami. Jedne przez Program Operacyjny Kapitał Ludzki, drugie przez Program Rozwoju Obszarów Wiejskich. Te pierwsze w niektórych województwach już się skończyły, wydawanie tych drugich na dobre nawet się jeszcze nie zaczęło. I w jednym, i w drugim przypadku dystrybucja pomocy z UE odbywa się według unijnych procedur. Dlaczego w jednym programie mogą być one bardziej przyjazne ludziom, a w drugim stają się dla nich mitręgą? Z realizacji obu programów rozliczy Polskę kiedyś Komisja Europejska. Mam nadzieję, że wyciągnie wnioski. Oby nie skończyło się to ograniczeniem unijnych pieniędzy.