Centrum im. Adama Smitha przedstawiło koncepcję tzw. obywatelskiej emerytury. O ile można zgodzić się z zawartym tam postulatem wolnościowym – dostajesz minimum, sam dbasz o resztę, o tyle ciężko przyklasnąć jednakowej emeryturze dla wszystkich za sam fakt bycia polskim obywatelem. To niesprawiedliwe, a wręcz szkodliwe, bo zachęca do szarej strefy i cwaniactwa.

Rządowa propozycja skazania oszczędzających na emerytury Polaków prawie wyłącznie na ZUS wywołuje dyskusję na temat systemu emerytalnego (obecni politycy zapewniają, że za 30 lat, gdy sytuacja demograficzna będzie znacznie gorsza, całkiem inni politycy wypłacą obiecane teraz świadczenia) Broni go Leszek Balcerowicz, nawołując rząd do reform. Filar kapitałowy najchętniej zlikwidowaliby ministrowie Rostowski i Fedak. Opozycja na razie jest pogubiona, jedyną koncepcję zgłosiło PiS, aby obywatele mogli wybierać, czy chcą wstępować do OFE, czy wolą tylko ZUS.

Teraz do tej debaty włącza się Centrum im. Adama Smitha. Proponuje, aby każdy bez względu na wcześniejszy wkład dostał po ukończeniu bliżej nieokreślonego wieku 900 zł emerytury. Ta pochodziłaby z budżetu. O resztę obywatel musiałby się zatroszczyć sam. Oprócz dobrej idei wolności wyboru w szczegółach tej propozycji tkwią jednak pułapki. Są też nieścisłości i niewiadome.

Po pierwsze, emerytura obywatelska powoduje powstawanie zjawiska tzw. free ridersów. To osoby, które nie wpłacały składek, a korzystają ze świadczeń. Powołując się na system kanadyjski, autorzy koncepcji muszą zdawać sobie sprawę, że dochodzi w nim do takich nadużyć – emerytury pobierają osoby nigdy niepracujące. To niesprawiedliwe. Zachęca też ubezpieczonych do niepłacenia składek i podatków. No bo skoro i tak będą miał emeryturę, to po co na nią płacić.

Nie wiadomo, skąd bierze się 900 zł. Może równie dobrze zapytać: czemu nie 700 zł czy 1000 zł. Prezentując jakiś pomysł, trzeba go dobrze argumentować. Smith nie określa też minimalnego wieku emerytalnego.

Też jestem jednak zwolennikiem – zwłaszcza gdy w życie ma wejść rządowa propozycja skazania nas na ZUS – zwrócenia pieniędzy ludziom. W tym celu trzeba wykonać kilka operacji.

Na pewno zostawić indywidualne konta emerytalne, na którym każdy ma zaksięgowane składki, a świadczenie obliczane jest na podstawie tego kapitału i statystycznej długości trwania życia. To sprawiedliwa reguła – ile wniosłeś, tyle dostaniesz. W propozycji Smitha emerytura jest równa bez względu na wkład. Pachnie to ustrojem minionym i naraża ubezpieczonych na to, że emerytura zależy od woli polityków.

Trzeba będzie zlikwidować składkę do OFE i podnieść nieco, o 2 pkt proc., obowiązkową składkę do ZUS. Zamiast więc tak jak teraz płacić na emeryturę do ZUS i OFE 19,52 proc. pensji, płacilibyśmy 14 proc. do ZUS. Maleją wtedy koszty pracy, a systemowi publicznemu nie grozi bankructwo. Zabezpieczamy też wypłatę minimalnych świadczeń w przyszłości. Dalej można wprowadzić ulgę w PIT dla oszczędzających dobrowolnie w OFE lub IKE.

Taka propozycja musiałaby jednak zostać, o czym Smith zapomniał, połączona z podniesieniem do 40 lat dla kobiet i mężczyzn okresu stażu ubezpieczeniowego koniecznego do uzyskania dopłaty z budżetu do emerytury minimalnej (obecnie wynosi 20 i 25 lat). Podniesieniem do minimum 65 lat dla obojga płci wieku emerytalnego. Podniesieniem docelowo kwoty emerytury minimalnej do wysokości 70 – 80 proc. minimalnej pensji (tutaj odpowiedź, ile ma wynosić minimum) i powiązaniem jej z pensjami, aby nadążała za wzrostem gospodarczym. Wreszcie – z kampanią społeczną i zawarciem nowej umowy społecznej związanej z obniżeniem świadczeń. Mówimy uczciwie: tzw. stopa zastąpienia (relacja pierwszej emerytury do ostatniej pensji) wyniesie w tym systemie około 25 proc., a ludzie o resztę muszą zadbać sami.

Taki system spowodowałby wzrost płac netto, co skutkuje większym zatrudnieniem, zwiększeniem popytu wewnętrznego, obniżeniem szarej strefy, wzrostem konkurencyjności polskich firm, mniejszą presją na wzrost płac. Poprawiłoby się saldo budżetu państwa dzięki zwiększeniu wpływów do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych oraz zwiększeniu poziomu zatrudnienia. W sytuacji perspektywy niskiego świadczenia w przyszłości gospodarstwa domowe byłyby skłonne do oszczędzania i inwestowania.

Dysponując wyższym dochodem, ludzie decydowaliby się łatwiej na dzieci. Potomstwo stałoby się też dla nich zabezpieczeniem na starość (o czym wyraźnie mówi też Smith).

Opisywany system doprowadziłby też do docelowej likwidacji odrębnych systemów emerytalnych, bo objąłby wszystkich wchodzących na rynek pracy.

To lepsza propozycja niż to, co proponuje Smith, bo zachowuje zasadę wypłacalności systemu, adekwatności świadczenia, łącząc ją z ideą wolności i rozwoju gospodarczego. Bo ludzie, co wiadomo z ekonomii, wydają swoje pieniądze lepiej i efektywniej niż państwo.