Rząd zabierze nam część składki lokowanej dziś w OFE. To znaczy tylko pożyczy. Pożyczka jest po to, by nie przekroczyć progów ostrożnościowych przewidzianych dla zadłużenia finansów publicznych (czyli móc się nadal zadłużać dla naszego wspólnego dobra). W zamian państwo pozwoli nam odliczyć to, co poza składkami ZUS sami wpłacimy sobie na emerytury. Wpłacimy dodatkowo. Bo nie ma gwarancji, że z tego, co jest w ZUS i co teraz pożycza rząd, starczy na nasze emerytury. A bez ulgi nie chcemy oszczędzać na starość więcej niż to, co nam się już zabiera.

Czy ulga zmieni nasze nastawienie? Prawdziwy test przyjdzie z chwilą, gdy staniemy przed koniecznością wyjęcia z kieszeni 100, 200, 300 czy więcej złotych i wpłacenia ich po to, by na koniec roku odzyskać niewielką część tej inwestycji. Tak niestety działa mechanizm ulg podatkowych.

Owszem, można sobie wyobrazić, że w ramach ulgi pozwala się podatnikom odliczyć od podatku całą wpłatę na dodatkowe ubezpieczenia emerytalne. Ale gdyby rząd było stać na taką rozrzutność, nie okradałby nas ze składek ulokowanych w OFE. Ulgę będziemy zatem odliczać prawie na pewno od dochodu. To oznacza, że z każdych wpłaconych 100 zł odzyskamy niecałe 18 zł, a bogatsi nie więcej niż 28 – 29 zł. Reszta wróci do nas z chwilą przejścia na emeryturę. Ale w międzyczasie trzeba będzie jeszcze zapłacić za zarządzanie tymi pieniędzmi, więc raczej ich ubędzie. Mogłoby przybyć w wyniku trafionych inwestycji. Ale gdyby inwestowanie miało odbywać na zasadach rynkowych, złudna nadzieja dużych zysków niejednego może zaprowadzić na manowce emerytalnej nędzy. Lekcję pokory wielu Polaków odebrało już po tym, jak dali się omamić fatamorganie krociowych zysków z IKE i funduszy inwestycyjnych. Czar prysł z chwilą, gdy zaczął się kryzys. W oka mgnieniu stopniały nie tylko spodziewane zyski, lecz także włożone w fundusze pieniądze. Nikt rozsądny nie zagwarantuje, że podobny los nie spotka naszych emerytalnych, premiowanych ulgą inwestycji. A sama ulga emerytur nam przecież nie zwiększy.

Rząd może sobie pozwolić na mamienie nas ulgą, bo jesteśmy jej złaknieni. Przez ostatnie kilka lat liczba ulg i odliczeń stopniała z kilkunastu do kilku. I chociaż podatki drastycznie nie wzrosły, ugruntowało się w nas poczucie krzywdy z powodu tego, że rząd regularnie nas okrada, każąc je płacić. Okrada, a pieniądze marnuje. A tu proszę: niespodzianka. Przyszedł dobry, liberalny rząd, który ulgi rozdaje. To tak nieprawdopodobne, że mało kto pomyśli o tym, by przyjrzeć się bliżej hojnej ręce rządu.

Skoro jednak daje, należy brać. Wszak każda okazja, by nie przekazywać państwu w formie podatku kolejnych złotych, jest dobra. Że ceną są jakieś tam przyszłe emerytury, z jakiegoś tam OFE, funkcjonowania których i tak niewielu z nas rozumie, to błahostka. Skoro niepewne są te dodatkowe emerytury, to i strata niewielka. Tyle że w radosnym uniesieniu z powodu złapania okazji do odliczeń umyka nam to, że podczas gdy rząd jedną rękę wyciąga do nas z pieniędzmi na tacy, drugą sięga głęboko do naszych kieszeni.